Danielle opowiedziała bardzo traumatyczną historię. Zarówno ona, jak jej mąż byli nauczycielami, podróżowali wspólnie, uczyli języka angielskiego w wielu krajach. Poznali się w college'u, zdawali się być bardzo blisko, oboje kreatywni, oboje uduchowieni, zaangażowani w sztuki wyższe. Pewnego dnia on poszedł na wystawę sztuki we Francji. Jednak nie wrócił. Zdecydował, że pozostanie tam nielegalnie. Uczynił to, nie ostrzegając o tym Danielle, bez żadnej rozmowy. Było to oczywiście denerwujące. Gdy czas mijał, nic się nie zmieniało. Nie poprosił jej, by do niego dołączyła, mimo że wracał kilkukrotnie do domu. Za każdym razem ich komunikacja była wymuszona, Danielle wciąż czuła się bardzo urażona tą sytuacją. Czuła, że jej życie znajduje się w swoistym zawieszeniu, skąd ani z pewnością nie może posunąć się naprzód, ani nie potrafi rozwiązać sytuacji. Po pewnym czasie, dowiedziała się od kogoś, że on zmarł jakiś rok temu. To rozłożyło Danielle jeszcze bardziej. Nawet sam proces rozwodowy znajdowała za niezwykle trudny i to również odłożyła na później. Opisała to doświadczenie jako budunek, którego fundamenty się zawaliły, a ona leży w ich gruzach. Spędziła kolejnych 6 lat, odbudowując swoje życie, kawałek po kawałku. Była bardzo zaangażowana w praktykę duchową i filozofię, pracę nad rozwojem osobistym i poświęcała mnóstwo czasu i wysiłku, by wydostać się z tej traumy. Teraz czuje, że stąpa po solidnym gruncie, jednak kwestią było przejście do następnego związku. Była w kilku od tego czasu, jednak żaden nie przetrwał. Czuła, że teraz czuje się gotowa na poważny związek. Była w jednym obecnie, jednak nie była w stanie go pogłębić, przez jej abmiwalentne uczucia. Opisała to uczucie jako stanie nad krawędzią basenu i uczucie zamrożenia, niemożności wskoczenia. Wskazałem, że to idealny przykład, biorąc pod uwagę jej doświadczenie. Wziąłem jej metaforę i użyłem jej, by pogłębić jej świadomość. Wskazałem, że ostatnim razem, gdy zanurkowała w związek, wyglądało na to, że basen jest pełen wody, jednak w istocie tak nie było, przez co doznała dotliwych obrażań. Było zatem dla niej bardzo ważne, by sprawdzić, ile wody jest w basenie. Porównałem to do wiedzy o cieniach drugiej osoby. Spytałem, czy teraz jest lepsza w rozróżnianiu tych cieni u innych osób. Chciała się skupić na tym, czego potrzebuje, by zwracać uwagę na samą siebie, na swoje cienie. Jednak tym razem, wyjątkowo, nie chciałem tego robić. Oceniłem, że przy ogromie jej pracy, jaki włożyła w rozwój osobisty, była całkiem świadoma jej cieni i była w stanie je okiełznać. Skupiłem się więc na tym, czego ona potrzebowałaby od partnera, odciągając uwagę od niej samej. Zwykle chcę skupić uwagę na kliencie. Jednak kiedy ktoś bierze za siebie wielką odpowiedzialność, wtedy może być dobrym, gdy spojrzeli na świat na zewnątrz, by ocenili innych. To kwestia w Gestalt, gdzie nie podążamy za określoną formułą. Co jest dobre w jednej sytuacji, może się okazać niestotne w innej. "To zależy"... od poziomu rozwoju osobistego danej osoby, jej potrzeb, jej świadomości i tego, czego jej brakuje. W tym wypadku, tym, co ją ograniczało, jak to zrozumiałem, była umiejętność dostrzeżenia drugiej osoby, takiej, jaką jest, bez strachu czy fantazji. W Gestalt stawiamy na skupieniu się na tym, by osadzić osobę w jej zmysłowym doświadczeniu, jej cielesnym doświadczeniu, w "tu i teraz". Pracujemy również z metaforami; w tym przypadku było to bardzo przydatne, gdyż dało to klucz do tego, jak ruszyć naprzód. Pracując ze światem danej osoby, jej własnym językiem, daje nam bezpośredni dostęp do jej fenomenologicznego świata.
Lilly była pogodna i radosna, w prawdziwy sposób. Lubiłem jej żywość i jej przyjacielskość. Naprawdę rozświetlała cały pokój. Przedstawiłem jej swoje zdanie na ten temat. Z jaką łatwością mogłem się z nią połączyć, jak doceniam fakt, że nawiązaliśmy relację i jak trudno byłoby mi naleźć coś, wobec czego mógłbym być krytyczny względem niej. Powiedziała, że często spotyka się z podobnie pozytywnymi opiniami na swój temat. Jednak część ludzi uważa, że jest fałszywa i w istocie wiele rzeczy skrywa w sobie. To mogła być prawda, jednak nie wydawało mi się. Spytałem ją, czy potrafiłaby zidentyfikować rzeczy, które ukrywa, jak złość czy nieuprzejmość. Nie potrafiła. Nie chciałem naciskać. Być może była prawdziwie szczęśliwą osobą. Spytałem, ile ma lat - 38; niezamężna. Skomentowałem, że to bardzo dziwne - taka kochana kobieta jak ona i nie jest w stanie znaleźć partnera. Nie potrafiła tego inaczej wyjaśnić, jak to, że nie odczuwała na tyle głębokiej więzi, która pozwoliłaby jej na związek z mężczyzną. Tak, jak podejrzewałem, nie chodziło o brak zalotników. Ujawniła również, że ma niewielu przyjaciół. Ponownie, wydawało mi się to raczej nie przystawać do sytuacji. Podzieliła się, że jako dziecko, między nią a resztą starszego rodzeństwa istniała duża różnica wiekowa, więc tak naprawdę nigdy się z nimi nie bawiła. Wioska, w której chodziła do szkoły nie miała innych dzieci w jej wieku, więc przez wiele lat jej nauki w szkole, nie miała nikogo, z kim mogłaby się bawić. To nieco wyjaśniło sytuację - nie nauczyła się tego, jak się socjalizować. Pomimo jej pogodnego podejścia, w jakiś sposób nie wie, jak nawiązać przyjaźń. Mimo wszystko, to nadal wyglądało dla mnie nieco dziwnie, więc poprosiłem ją, by wybrała 5 osób z grupy, z którymi chciałaby nawiązać przyjaźń. Miała problemy z wyborem. Działo się tak, ponieważ nie była pewna, czy istnieje tu naturalna więź. Wyglądało na to, jak podczas szukania partnera, że czuła, że musi istnieć jakaś naturalna chemia. Powiedziałem jej więc, że będzie musiała popracować, by wytworzyć więź. Wyglądało na to, że znajduje się w pasywnym trybie, albo przynajmniej nie wie, jak to zrobić. Poprosiłem pierwszą osobą, jaką wybrała, by podeszła i zaczęła z nią rozmowę. Jasnym było, że nie wie jak zacząć. Pomogłem jej więc - powiedz, że chcesz, by ta osoba została twoim przyjacielem i jesteś zaintersowana bliższym jej poznaniem. Gdy zaczęła z nimi rozmawiać, zauważyłem, że wydawała zbyt wiele sądów na ich temat. Podczas gdy może to być łączące, gdy jest to jeden sąd i gdy nawzajem o nim dyskutowali, to ona nie wiedziała, kiedy przestać. Pokazała również, że pojawia się w jej głowie głos, który mówi jej, że to prawdopodbnie nie zajdzie zbyt daleko. Nazwałem go sabotażystą, położyłem poduszkę obok niej i poprosiłem, by oddzieliła się od sabotażysty, tak by mogła kontynuować niezakłócenie proces. Jasnym stało się, że nie posiada ona zbyt wielu umiejętności zachowania się w towarzystwie. Pomogłem jej więc rozwinąć rozmowę, kierując ją, jak umówić się na spotkanie. Był to przykład, w którym potrzebowała praktycznego wspracia - można powiedzieć coachingu. Istniało wiele terapeutycznych kwestii, nad którymi moglibyśmy w przyszłości popracować. Jednak najbardziej doraźnym rodzajem wsparcia, jakiego potrzebowała, było nauczenie jej kilku podstawowych umiejętności, których nie miała okazji rozwinąć w dzieciństwie, a których nigdy nie była w stanie wypracować. Głębsze kwestie mogą być zbadane w późniejszym czasie - i nawet zbadanie sabotażysty mogło poczekać. Potrzebowała natychmiastowego doświadczenia czegoś nowego i zdolności nawiązania pozytywnego kontaktu, co jej zapewniłem. Gestalt zorientowany jest na ucieleśnianie świadomości i prowadzony jest w sposób nieustrukturyzowany. Mimo to nie jest czysto wiedziony wglądem. Istnieje odpowiedni czas i miejsce na przeprowadzanie eksperymentu - na próbowanie czegoś nowego. Cele tego są dwojakie - by zwiększyć świadomość i zaprzęgnąć eksperymentalne formy uczenia się. Wyczucie czasu jest ważne - zbyt wczesny przeskok do eksperymentu może spowodować błędne rozpoznanie relacyjnego gruntu i może nie do końca zenergetyzować figurę, nad którą trzeba było popracować. Jednak zbyt wiele mówienia może zredukować energię podczas sesji, a wtedy eksperyment wnosi powiew świeżości. Pozwala mi to również obserwować osoby "w działaniu", niż tylko mieć do czynienia z ich sprawozdaniami. Daje mi to dużo lepsze zrozumienie tego, kim są i jak z nimi pracować.
Adelle pracowała jako pracownik rządowy do spraw obsługi klienta od ponad 20 lat. Mówiła o tym, jak dobrze spisuje się w tej roli (była popularna wśród klientów), jednak wykazywała często całkiem antyspołeczne zachowania w innym względzie. Jej współpracownicy często na nią narzekali, nie miała tam żadnych przyjaciół. Chciała więzi z ludźmi, jednak była samotna, miała kilku przyjaciół, jednak do niczego to nie prowadziło. Opowiadała historię za historią o tym, jak ludzie jej nie doceniają, jak ją odrzucają i jak jej życie było bolesne. Czułem się coraz bardziej i bardziej poirytowany, słuchając jej. Zamiast czuć życzliwość i troskę, chciałem po prostu od niej uciec - odrzucić ją. Czułem się niekomfortowo i niespokojnie. Powiedziałem, "Adelle, teraz to nie dziala. Twoje historie raczej mnie od ciebie odciągają, niż przyciągają. Czuję się sfrustrowany i nie chcę tego słuchać. Potrzebuję, byś przestała "mówić o" i zamiast tego być obecną ze mną przez chwilę". Przestała, lecz była bardzo zdenerwowana, nie patrzyła na mnie (spoglądała wszędzie dookoła również wtedy, gdy mówiła) i była widocznie zaniepokojona. Jednakże nie był to niepokój, z którym czułem, że mogę się połączyć. Przeszedłem więc do głosu autorytetu. Powiedziałem, "Adelle, masz ciężkie życie. Nie jesteś połączona z ludźmi. Nawet teraz tracisz mnie. Proszę, przenieś się do teraźniejszości, spójrz na mnie, połączmy się. Naprawdę tego chcę, lecz ty też musisz". Zaczęła protestować, ale poprosiłem ją, by przestała mówić. Musiałem naprawdę schwycić jej uwagę. Była tak bardzo owładnięta swoją historią o rozpaczy. Przestała i spojrzała na mnie ze zdenerwowaniem. Przemówiłem do niej łagodnie, stwierdzając, jak zaczynam być w stanie łączyć się z nią i zachęciłem ją, by zrobiła ze mną to samo. Miała z tym problemy, jednak była w stanie do pewnego stopnia to zrobić. Podczas gdy czułem, że przenosi się do teraźniejszości, byłem w stanie być łagodniejszy, powiedziałem jej o tym. Zauważyłem, że cokolwiek dzieje się w jej życiu, w tym momencie jesteśmy połączeni, a ja byłem dla niej dostępny. Powoli do przyjęła, jednak dziwnie, niemal niechętnie. Czasem ludzie tkwią w swoich historiach i są niechętni, by doświadczać czegoś innego, nawet jeśli za tym tęsknią. Czasem wymaga to dużego nakładu energi, wraz z bardzo bezpośrednim działaniem, by znaleźć drogę pośród "mgły" ich opowieści o sobie.
Ian chciał popracować nad jego relacją z ojcem. Miał 41 lat. Jego matka zmarła rok temu, po 8 letnich zmaganiach z rakiem. Przez ten czas Ian był jej opiekunem. Ian miał starszego brata, który początkowo zaoferował swoją pomoć, lecz gdy Ian zaczął się nią opiekować, odrzuciła wszelką inną pomoc poza nim. Jego ojciec pracował na 6 miesięcy przed diagnozą, więc nie był z nią od początku. Wyjechał z kimś w interesach, jednak nie poszły one za dobrze, więc miał problemy, by poradzić sobie z sytuacją. Tak więc Kevin został z matką aż do samego końca. Miał do niej duży szacunek - została wyszkolona do tego, by być doktorem, jednak kiedy wyemigrowała, by być z jego ojcem, jej medyczne kwalifikacje nie zostały przyjęte, więc musiała pracować jako pielęgniarka. Była zdecydowanie osobą,która posiadała swoją godność i która żyła dobrym życiem. Kevin nie miał szacunku do ojca, bo miał wrażenie, że nie traktuje dobrze matki. Istniało wiele przypadków, w których przywództwo ojca nie wyszło rodzinie na dobre. Oczywiście istniało tu wiele skomplikowany kwestii, które wymagały sporo czasu, by je naprawić. Pytaniem było, od czego zacząć, co było teraz najważniejsze i jak mogłem odpowiedzieć na wyrażoną przez niego chęć poprawy relacji z jego ojcem, Powiedziałem więc o sobie. Wyjaśniłem, że również miałem bardzo kochającą, wspaniałą matkę i ojca, który często był samolubny i ciężki do zniesienia. W konsekwencji, trudno mi było dostrzec matkę w krytycznym świetle, nawet jeśli znaleźć coś, co zrównoważyłoby moje spojrzenie. Ian przyznał, że również tego doświadczył. Podzieliłem się ty, że zdałem sobie sprawę, że w pewnym stopniu to, co matka mi dała, to jej potrzeby i w rezultacie moje własne granice nie zawsze były takie jasne. Ian przytaknął głową. Podzieliłem się również tym, że moja relacja z ojcem nigdy nie była łatwa i niezbyt dla mnie odżywcza. Ian znów przytaknął głową. Jeden z moich terapeutów spytał mnie kiedyś - jak dużo czasu chciałbyś spędzać z ojcem? Zadałem więc takie samo pytanie. To wtedy odkryłem, że wciąż żyje w domu rodzinnym z jego ojcem. Wszedłem w tryb psycho-edukacyjny. Zwykle tego nie robię - lubię pracować na obustronnie równym poziomie i nie udzielać rad. Jednakże zawsze istnieją wyjątki. Powiedział Ianowi, że statystyki pokazały, że dorośli mężczyźni żyjący w domu rodzinnym mają dużo mniejszą szansę na małżeństwo od innych. Zasugerowałem mu więc, by wyprowadził się na swoje. Sprawdziłem, czy się z tym zgadza. Zrobił to z łatwością - wyglądało na to, że potrzebował jakiegoś pozwolenia, by to zrobić. Potem znów go spytałem o to, jak często chciałby widywać ojca. Powiedział, że raz w tygodniu, przy obiedzie. Spytałem o szczegóły, które zawsze służą osadzeniu (w rzeczywistości). Gdzie? Ian powiedział, że mógłby ugotować dla niego obiad. Ian znajdował się głęboko w trybie dawania, do tego stopnia, że nie wiedział, kiedy przetać. Właśnie spędził dekadę, dając jego matce i pomimo tego, że jego duch jest godny podziwu, to wyglądało na to, że nie wie dokładnie, jak zarysować swoje granice. Co więcej, okazując takie podejście ojcu, zrobić dla niego coś takiego, prawdopodobnie bardziej pogłębiłoby jego urazę gdzieś w głębi duszy. Ian zgodził się z moją sugestią, by zamiast tego pójść do restauracji. Ponownie, wyglądało na to, że potrzebował zgody ode mnie, jak od figury "dobrego ojca", by odkryć swoje własne potrzeby. Spytałem go, jak długo chciałby z nim siedzieć w restauracji. Ian powiedział, że półtorej godziny. Spytałem, o czym chciałby z nim rozmawiać. Powiedział, że zwykle nie dzieli się z ojcem informacjami o jego pracy. Ale chciałby to zmienić. Spytałem, co jeszcze. Spytałby o jego zdrowie. A potem powiedział ojcu o swoich planach na przyszłość. To otworzyło przed Ianem przestrzeń do budowy nowej relacji ze swoim ojcem. Wciąż istniało wiele rzeczy, którymi musieliśmy się zająć, ale był to dobry początek. Ian potrzebował wiele praktycznego osadzenia w tych miejscach. To coś, co mogą dać ojcowie. Jednak ponieważ on nie otrzymał tego od swojego ojca, nie potrafił był zinternalizować swego rodzaju wewnętrznej samopomocy i kierunku rozwoju. Wchodząc więc w tę rolę, pomogłem mu się skupić i zindentyfikować, czego tak w istocie potrzebuje. To coś jak "trening" w tym, jak powinien postępować ze swoim ojcem, by czegoś od niego wymagać. Odgrywając z nim tę rolę, pomogłem mu się przygotować i dałem mu poczucie, co mogłoby być dla niego odżywcze w tym miejscu.
Jane brała udział w procesie, który miał pomóc z pojawiającą się u niej "agresją" - silnymi energiami, jak złość czy wściekłość, i wprowadzeniu ich do relacji w pokojowy sposób. W Gestalt widzimy agresję jako użyteczną siłę, niezbędną do pokonywania introjekcji i "powinności". Jane często zalewała się łzami. Kiedy spytałem ją, co czuła, odpowiedziała, że złość. Nie jest to niespotykane wśród kobiet, które uczone były, że to źle być złą, przez co zwróciły się ku bardziej dopuszczalnych łez i płaczu. To jednak wysysa całą ich siłę i jest zupełnie nieautentyczną ekspresją. Zachęciłem więc Jane, by bardziej była ze swoim ciałe. Wzięła głęboki wdech w brzuch, a potem poczuła go w nogach. Siła wznosiła się w górę jej ciała - z jej złości trafiała do oczu i uwalniała się poprzez łzy. Chciałem ją więc osadzić, przenieść jej siłę w dół. Poprosiłem ją, by tupnęła nogą. Na początku poczuła się jak zamrożona i czuła, że to niemożliwe. Pozostałem z nią, pracując z nią nad oddechem, wspierając ją i dając przyzwolenie, by otwarcie wyraziła swoją złość. Ten rodzaj dającego przyzwolenie to jedna z ról, jaką może odegrać terapeuta, używając swojego autorytetu, by wesprzeć autentyczną ekspresję klienta. Kiedy pomogłem jej się osadzić, poprosiłem ją ponownie, by tupnęła nogą. Na początku znajdowała to za trudne, jednak delikatnie to zrobiła. Poprosiłem ją, by nawiązała kontakt z jej złością i pozwoliła popłynąć przez jej nogi, aż do stóp. Zwiększając siłę tupnięcia, wspierałem ją w tym, by naprawę ucieleśniła swoją agresję. Potem dodaliśmy do tego dźwięk. Stanąłem przed nią, zmierzyłem siłę jej tupnięcia, poziom głośności, tak, by mogła naprawdę poczuć autentyczność swojej agresji. To eksperyment Gestalt - przechodząc od "rozmawiania o" problemach do badania granic niespotykanych zachowań, które poszerzają możliwości wyboru oraz ich różnorodność. W procesie tym niezbędna jest duża ilość wsparcia, zaś sam eksperyment wymaga, by wyjść bezpośrednio od problemów klienta.
Dianne była młodą kobietą, niewielkiego wzrostu, lecz z mnóstwem energii. Często mówiła głosem "małej dziewczynki", z kapryśną manierą. Wyraziła swoją frustrację spowodowaną tym, że nie osiąga tego, czego oczekiwała w trakcie naszych spotkań. "Słyszała już to wszystko" i "niczego nowego się nie dowiedziała". Abstrahując od treści, brzmiała jakby stroiła fochy. Spytałem, na jaki wiek się czuje, odparła, że na pięć lat. W terapii często skutecznym i odpowiednim jest, by pracować z drugą osobą z wiekiem, do którego się "cofnęła" - by odkryć, czego w tym miejscu potrzebuje i odpowiedzieć na to. Tutaj mamy jednak do czynienia z terapią długoterminową i nie zawsze jest to skuteczne. Zdecydowałem, by pracować z Dianne w teraźniejszości. W tym wymiarze wszystkie podejmowane decyzje są aktualne i - co ważne - osadzone w rzeczywistości. Podjąłem tę decyzję, ponieważ Dianne wydawała się mocno utkwiona w jej trybie małej dziewczynki i, w pewnym sensie, pracując z nią w tym miejscu byłoby, jak utwierdzanie jej w tym, co nie było zbyt korzystne w odniesieniu do relacji. Poprosiłem ją więc, by posłuchała swojego głosu i by przeniosłem się ze mną do "tu i teraz". Przyciągnąłem jej uwagę do faktu, że posiada 26-letnie ciało, była kobietą i była rówieśniczką innych osób z grupy. Nadąsała się, ja zaś przyciągnąłem jejj uwagę do jej obecnych wyborów, ponownie zachęcając ją do przeniesienia się teraźniejszości. Poprosiłem ją, by usiadła prosto - była pochylona do przodu, i by odkleiła się od swojej klatki piersiowej, nie chowała się za nią. Tak też zrobiła i od razu wyglądała inaczej. Poprosiłem ją, by wzięła wdech w jej żeńskie organy - jajniki, łono i macicę. By naprawdę poczuła swą kobiecość; by spojrzała na inne kobiety w grupie i połączyła się z nimi jako rówieśniczka. Powiedziała - to bardzo trudne... dodałem jej zatem otuchy, okazałem wsparcie w odniesieniu do mojego jej doświadczenia. Wciąż jednak miała kłopoty w pozostaniu dorosłym. Poprosiłem ją, by znów zwróciła uwagę na swoje ciało. To wtedy dostrzegła, że nie miała miesiączki od 4 miesięcy. Nie istniał żaden medyczny powód - zatrzymała się po przeżyciu stresującego wydarzenia - zerwaniu z chłopakiem. Jednak zdarzało jej się to już wcześniej. Zauważyłem, że jej poczucie kobiecości zależne jest od czynników zewnętrznych, nie jest wewnętrznie stabilne. Słuchała, zgodziła się z tym. Skonfrontowałem ją więc z tym, co robiła - pozostawała małą dziewczynką, nie chciała dorosnąć, być w pełni kobietą, być silną i niezależną, czego uczyli jej inni. Powiedziałem ją, że wesprę ją w stawaniu się pełną, jednak nie zgodzę się na jej bezradność małej dziewczynki. Poprosiłem jej, by przemówiła do swojego ciała - powiedziała mu, że zamierza żyć jako kobieta, by zaakceptowała siebie jako kobietę, wliczając w to jej płodność i krwawienie, by nie dopusciła, by zewnętrzne czynniki w jakikolwiek jej umniejszały. Zmniejszyłem dystans w procesie. Chciałem, by siedziała z tym, co zostało osiągnięte, niż raczej kontynuowała wyciągnąć ode mnie więcej. Jej proces stawał się bardziej skupiony na samej sobie. Zadałem jej zadanie domowe - by śledziła fazy księżyca każdego dnia w jej aplikacji na telefonie i kontynuowała pracę nad jej ciałem, afirmując własną kobiecość. To "klasyczny" sposób Gestalt. Podczas, gdy generalnie jestem zorientowany na współczesne podejście, które stosuje filozofię relacyjną i praktykę, istnieje jednak miejsce na bardziej konfrontatywny styl, który wymaga od osoby asertywności, odpowiedzialności, bycia w teraźniejszości i samowsparcia. Może to być zbyt brutalne, jeśli pójdzie się za daleko lub użyte w zły sposób i w złym momencie. Jednak czasem jest to niezbędne, by kogoś obudzić, jeśli jest w pewien sposób gotowy, by dopuścić do siebie tę myśl. W terapii długoterminowej mamy niezbędną przestrzeń, by badać kontekst wyboru pozostawania małą dziewczynką. Zawsze istnieje "dobry" ku temu powód i by robić to w tym sensie, to nie "opór", lecz coś, co nazywamy "kreatywnym dopasowaniem". Wierzymy zatem, że ważnym jest, by pracować *z* osobą, wliczając w to jej "utkwienie". Ludzie zwykle potrzebują wspacia, zrozumienia i "pracę Z" nimi, a nie pracę przeciw nim. Jednakże istnieje czas i miejsce na bycie odpowiednio konfrontatywnym. Wyzwaniem jest, by uważać na swoje kroki w trakcie procesu - co kieruje mną w dyskursie i z czym mam do czynienia. Cały ten materiał może być wykorzystany w budowaniu relacji. Gestalt nie jest zupełnie empatyczną terapią, nie jest też zupełnie konfrontatywną. Kwestią jest, by znaleźć sposób na osiągnięcie autentycznego spotkania - to w istocie jest transformujące.
Brian i Melanie odbyli dialog podczas pracy grupowej. Brian mówił o tym, jak ważnym jest dla niego zaufanie i o tym, jak długo zajęło mu otworzenie się. Musiał mieć najpierw poczucie zaufania z drugiej strony. Melanie spytała go, co dokładnie rozumie przez zaufanie. Brian starał się wyjaśnić - obserwował ludzi, ich zachowanie i po tym decydował, czy komunikowanie się z nimi odbywało się w sposób, który sprawiał, że dobrze się czuł. Melanie nie była do końca usatysfakcjonowana jego wypowiedzią. Powiedziała, że nie czuje się z nim komfortowo - nie lubiła być obserwowaną w ten sposób, i dalej, nie była przekonana, co by się stało, gdyby nieświadomie go czymś uraziła. Brian powiedział, że chodzi tu o poczucie bezpieczeństwa - było to dla niego ważne i w ten sposób dbał o siebie. Melanie powiedziała - "nie jestem pewna, czy czuję się przy tobie bezpiecznie". Brian powtórzył o tym, jak ważnym jest dla niego poczucie bezpieczeństwa, by móc się otworzyć przed grupą. Wkroczyłem i spytałem go, czy usłyszał zdanie Melanie. Przytaknął, jednak powtórzył jego stanowisko odnośnie bezpieczeństwa. Przycisnąłem nieco temat - tak, to zrozumiałe, jednak czy zdaje sobie sprawę z tego, że może to być niebezpieczne dla innych? Brian pokręcił przecząco głową. Spróbowałem dać kilka przykładów, z mojego doświadczenia z nim. Wskazałem, że nawet jeśli uważam, że fajnie, gdy jest w pobliżu, to wyobrażam sobie, że jeśli - jak powiedziała Melanie - powiedziałbym nieświadomie coś, co by mu się nie spodobało, to mógłby "podkulić ogon i uciec" - odciąć się, być milczący lub się wycofać. Brian zgodził się, że mogłoby się tak stać - czasem to robił - jednak znowu, wrócił do stwierdzenia, że zrobiłby tak tylko wtedy, gdyby poczuł się niepewny. Spędziłem nieco czasu, starając się wytłumaczyć mu, że istnieje taka możliwość, że w ostocie to inni mogą czuć się niepewnie w stosunku do niego. Brian nie mógł tego zrozumieć, więc przestałem. Dotarliśmy do krańca jego świadomości, do limitu jego chęci i zdolności do przekroczenia tej granicy. Co jest tutaj ważne, to fakt, że tak łatwo potrafimy dostrzec agresję innych, ich poczucie niepewności, jednak trudno jest dostrzec naszą własną. W ten sposób wiele osób zajmuje pozycję ofiary - zawsze znajdzie się "dobry" powód, patrząc na to, co inni zrobili. Tym, co jest naprawdę trudne, to wzięcie pełnej odpowiedzialności, co oznacza dostrzeżenie tego, co dana osoba powoduje swoimi działaniami, wliczając w to sprawianie, że inni ludzie czują się niepewni. By to osiągnąc, trzeba posiadać coś, co nazywam "Niecnotami" (http://unvirtues.com). Znaczy to, by dostrzegać nie tylko swoje dobre intencje, ale także części swej osobowości i zachowania, które są poza naszą świadomością, a które mogą być nie do końca cnotliwe. Działać tak, znaczy wyrażać chęć do dostrzeżenia faktu, iż jesteśmy zbudowani z wielu "jaźni", których część inni mogą znajdować za trudne. Ludzie mogą być w stanie robić to w teorii, jednak w praktyce, w konfrontacji z perspektywą lub dościwadczeniem drugiej osoby - jak w tym przypadku - może się to okazać bardzo trudne. W Gestalt mówimy o biegunach - częściach "ja". Jedna z nich znajduje się poza świadomością, a nasze poszukiwania mają na celu jej odkrycie i dzięki temu przeniesienie jej w pełni do relacji. To trudna podróż, która wymaga chęci, gotowości i wsparcia.
These case examples are for therapists, students and those working in the helping professions. The purpose is to show how the Gestalt approach works in practice, linking theory with clinical challenges.
Because this is aimed at a professional audience, the blog is available by subscription. Please enter your email address to receive free blog updates every time a new entry is added.
If you are interested in following my travels/adventures in the course of my teaching work around the world, feel free to follow my Facebook Page!
Can you translate into Polish? I am looking for volunteers who would like to continue to make this translation available. Please contact me if you would like to contribute.
Interested in Gestalt Therapy training?
Contact us!
This Gestalt therapy blog is translated into multiple languages. You are welcome to subscribe