Viktor chciał lepiej zrozumieć, czym jest duchowość, miał jednak wiele niejasności. Gestalt może być używany z dowolną figurą zaintersowania i nie wymaga od terapeuty bycia jakiegoś rodzaju ekspertem od spraw duchowych, by być w stanie pomóc komuś rozjaśnić jego świadomość, czy wyjaśnić jego doświadczenie. Spytałem go więc o zarys jego poglądów - jego przekonań o duchowości - jako że jego pragnieniem było "rozumienie", które pociągało za sobą pewną treść umysłową. To pierwszy sposób, w jaki pomóc komuś wyartykułować jego własną duchowość - w pojęciach jego myślenia. Powiedział, że jest buddystą. Następnie spytałem o jego doświadczenie. To dobry początek, by zacząć z duchowością, ponieważ szybko może stać się ciężkim i ezoterycznym tematem, a doświadczenie, nawet to transcendentne, jest samo w sobie osadzające. Mówił o tym, jak spędział na duchowych praktykach godzinę każdego dnia. To drugi wyznacznik duchowości - praktyka. Spytałem, jakie w rezultacie miał doświadczenia duchowe. Vicktor powiedział, że tak naprawdę nie wie. Zauważył, że stał sie bardziej wrażliwy na innych, na ich uczucia i stany. Zauważył też, że doświadcza tego z klientami, był w stanie się do nich lepiej dostroić - ponownie zwiększenie wrażliwości. Czuł się też lepiej dostrojony do naturalnego otoczenia, w sensie jego zwiększonej wrażliwości. Wciąż jednak nie wiedział, co to znaczy i czym właściwie była duchowość. Wskazałem, że wszystkie te doświadczenia były w relacji do innych, do czegoś poza nim samym. Spytałem o to, jaki te praktyki miały wpływ na jego wewnętrzne doświadczenie. Odnotował, że uczucia spokoju. Zauważyłem, że to dobry sposóby, by odpowiedzieć na pytanie, "czym jest duchowość". Od razu to zrozumiał,nie tylko kognitywnie, ale też w swoim byciu. Doznał był duchowego doświadczenia, jednak dopiero zachęcony do wyrażenia go, pomogło my odnieść się do niego kognitywnie: zdać sobie z niego sprawę - to było jego prawdziwym pragnieniem. Jednakże to "zdanie sobie sprawy" było teraz osadzone i odniesione do jego doświadczenia, a nie do teoretycznych rozważań, których mógł nauczyć się od kogoś innego. Zachęciłem go do tego, by pamiętał to uczucie, którego doświadczył po swoich praktykach duchowych. Przypomniał je sobie, po czym poprosiłem go, by przedstawił swoje doświadczenie w teraźniejszości. To standardowa zachęta w Gestalt. Przedstawił swoje uczucie jako małą dawkę tego spokoju. Wyjaśniłem mu, że to duchowa praktyka, którą może wykonywać chwila po chwili, kultywując ten rodzaj spokoju. To mu idealnie przypasowało. Miał teraz sposób, by połączyć swoje doświadczenia, swoje koncepcje i swoje praktyki, w sposób żywy i skupiony na teraźniejszości. To rodzaj integracji, którego zwykle szukamy w Gestalt i jest szczególnie skuteczny, gdy poruszamy się w temacie duchowości.
Brenda podniosła temat autentyczności. Jednak nazwała to praktyką duchową, której chciałaby się nauczyć, niż raczej metodą psychologiczną. Nie rozumiałem do końca, w jaki sposób to rozróżnia, ale byłem szczęśliwy móc popracować nad tym, by jej w tym pomóc. Mówiła o sytuacji z klientem w pracy, wobec którego czuła, że musi być miła, nie sprzeciwiać mu się, nawet jeśli wiedziała, że jego plany nie przyniosą żadnego zysku. Spętana przez presję ze strony firmy, przez uwagi, jak powinna obchodzić się z klientami i jej własny strach przed konfrontacją i odrzuceniem spowodował, że zachowywała się nieautetycznie w stosunku do klienta. Wyglądało na to, że problemem, leżącym u podstaw jej braku autentyczności jest strach. Skoro tematem była duchowość, chciałem zaoferować jej trening na poziomie duchowym. Wyjaśniła, że uspokajała się, stosując pewien rodzaj medytacji, po czym modliła się o kierownictwo. Zachęciłem ją do eksperymentu. Ktoś z grupy zagrał klienta, zaś Brenda dostarczyła słowa. Kiedy słuchałem, co "klient" do niej powiedział, zauważyłem, że brzmiał bardzo władczo i rozkazująco - mówiąc jej, że musi robić to, czego od niej chcą. Zapytałem o jej uczucie w odniesieniu do tej agresywnej postawy. Odparła, że jest "nie fair". Wskazałe, że to myśl, a nie uczucie. Ważnym jest, by w terapii rozróżniać myśli od uczuć, a w tym przypadku, jej odpowiedź wciąż nie mówiła mi o uczuciach. Z pewną pomocą zidentyfikowała uczucie jako frustrację. Zatem figura się zmieniła. W istocie pod trudnością w byciu autentycznym znajdował się nie tylko strach, ale też jej własna agresja. To zawsze użyteczne do zidentyfikowania, jako że ludzie mają tendencję do nie indentyfikowania własnej agresji, identyfikując się za to bardziej z pozycją ofiary - w tym przypadku, jej strachem przed odrzuceniem. Zawsze więc wartościowym - z punktu widzenia Gestalt - jest zlokalizować agresję, ponieważ reprezentuje użyteczną energię działania, zmiany. Jednak w tym przypadku, wziąłem z niej przykład - nie chciała pracować z agresją na poziomie psychologicznym, lecz duchowym. To zasugerowało, by nie kierować jej na "czucie i ekspresję" złości, co byłoby normalną formułą terapeutyczną. Zamiast tego należało odkryć, jak to jest pracować z nią na poziomie duchowym. Poprosiłem ją więc, by użyła swoich duchowych praktyk, przez chwilę, by popracować nad swoją frustracją. Zrobiła to, w ciszy. Kiedy otworzyła oczy, powiedziała, że "to minęło". Uwierzyłem w to, nie potrzebowałem sprawdzać, by "mieć pewność", czy to aby nie sztuczka. Miałem swoje własne poczucie tego, że jest pewna - ekspresja jej twarzy była bardzo otwarta i we współczesnym Gestalt, ogólnie rzecz biorąc, nie chcemy "konfrontować się" z ludźmi, a zamiast tego pracować z subiektywnością ich doświadczenia. Nie dostrzegłem niczego, co przeczyłoby temu, co odnotowała, więc z radością to zaakceptowałem. Jeśli ktokolwiek angażuje się w "duchowy" proces, bazując na jakimś rodzaju "powinności", wtedy całkiem prawdopodobnie byłoby możliwe, że w istocie używają tego, by uniknąć uczuć lub spraw z nimi związanych. Jednak tutaj to nie wydawało się problemem. To prezentuje sposób używania procesu Gestalt do pracy nad probleami, które określane są jako duchowe.
Sylvia przedstawiła skomplikowany problem. Chciała stać się bardziej odpowiedzialna za sibie, jako rodzaj duchowej praktyki, jednak kiedy spotykała się z pewnymi ludźmi, odpychała ich, stwarzając dystans. Co więcej, naciskała na siebie, więc branie większej odpowiedzialności wyglądało, jak duszenie samego siebie. Spytałem, co obecnie czuje, odparła, że zamęt. W Gestalt zawsze chcemy konkretów, jako że ogólnikowe stwierdzenia nie przynoszą skupienia świadomości. Poprosiłem ją więc o konkretny przykład. Powiedziała o jej poprzednim znajomym, z którym weszła w interesy. Pojawiły się problemy i skończyło się to rozpadem współpracy, każdy poszedł własną ścieżką. Wymieniła kilka różnic, jakie ich dzieliło i frustrację z powodu jej znajomego. Moim celem, jak to zwykle bywa w Gestalt, była nie zawartosc, lecz dynamika w relacji. Wyjaśniła, że nie mówiła o tym nikomu, ponieważ powodowało to u niej presję, jako coach nie powinna mieć tego typu problemów, a poza tym nie chciała podsycać plotek. Na początek więc odpowiedziałem relacyjnym stwierdzeniem, rozpoznając jej wrażliwość na punkcie jej dzielenia się tym tematem. To ważne uznanie wsparcia. Spytałem ją, czy byłoby inaczej, gdyby wzięła na siebie więcej odpowiedzialności. Odparła, że byłaby bardziej tolerancyjna. To coś, co nazywamy pojawieniem się "nowej figury". W procesie Gestalt przywiązujemy uwagę do ważnych figur i czasem ta, z którą zaczynamy okazuje się nią nie być. Spytałem więc o tolerancję. Sylvia powiedziała - "Powinnam być tolerancyjna i nie forsować swojego zdania". W Gestalt "powinienem" jest zawsze kluczowym słowem - reprezentuje poziom nie brania odpowiedzialności (przenoszeniu motywacji na źródło zewnętrzne) i wskazuje na pewien rodzaj ogólnego impasu, który został wchłonięty. Istnieje kilka sposobów, by nad tym pracować. Po pierwsze, należy zidentyfikować źródło "powinności". Powiedziałem więc - "bardziej tolerancyjna, w stosunku do kogo?". To gruntuje widoczną niepodważalność impasu w relacjach. Sylvia określiła cztery źródła - ideały duchowej perfekcji, jej wierzenia rodzinne, zwyczaje kulturowe i jej własny pociąg do bycia lepszą, niż okoliczności, w których się wychowała. Mogliśmy pracować z każdym z tych źródeł i byłoby to dobre dla przyszłej pracy nad introjekcjami - przekonaniami, które zostały wchłonięte. Nie chciałem jednak zbaczać z drogi. Poprosiłem ją, by przedstawiła cztery źródła "powinności" jako przedmioty...które położyła przed sobą. Spytałem ją, co czuje. Powiedziała, że mroczne uczucie. Zasugerowałem, że tam, gdzie rodzi się chęć bycia tolerancyjnym, istnieje również potrzeba rozpoznania nietolerancji. To gestaltowskie podejście do biegunów. Poprosiłem ją więc,by umieściła w jednej dłoni tolerancję, a w drugiej nietolerancję, po czym powiedziała do każdego z czterech źródeł "powinności", że w istocie jest zarazem tolerancyjna, jak i nietolerancyjna. Pozwoliło jej to nazwać i posiąść złożoność jej doświadczenia, by być jednością w obliczu presji introjekcji. Następnie umieściłem przed nią przedmiot, który reprezentował jej byłego znajomego i zaczęciłem Sylvię, by powiedziała mu to samo. Ponownie, by skupić uwagę na figurze, poprosiłem ją, by była dokładna w opisywaniu jej znajomemu tego, czego nie chce tolerować. Wyraziła kilka jasnych stwierdzeń. Podzieliłem się, że odniosłem pozytywne wrażenie - że jej niechęć do tolerowania określonych zachowań jest psychologicznie zdrową reakcją. Czasem podczas terapii odpowiednim jest, by podzielić się własnym osądem, tak długo, jak jest stosowany w jasnej i określonej sytuacji. W tym wypadku, chciałem jej dać wsparcie z pozycji autorytetu, aceptując jej nietolerancję i dać jej do zrozumienia, że w istocie to forma brania odpowiedzialności. Co zatem pozostawało? Była zainteresowania praktyczną duchowością, zasugerowałem więc, że możemy teraz przyjrzeć się temu, co oznacza być duchowo tolerancyjnym, gdyż mamy zarysowane zdrowe psychologiczne granice. To, że była teraz w stanie panować nad swoją nietolerancją, uwolniło ją, dzięki czemu mogła ocenić do jakiego stopnia chce być toleracyjna lub nie - nie z poczucia powinności, lecz dlatego, że czuła szczerą potrzebę poszerzenia swoich granic. Angażując się, stworzyłem ten relacyjny proces, a nie tylko umożliwiłem. "Wykonałem" też nieco "pracy", zwracając uwagę na własną autorefleksję, a nie tylko prosząc ją, by wszystko zrobiła samodzielnie. To część procesu "ja-ty" w Gestalt. Dołączając do niej w tym miejscu, byłem w stanie zaoferować jej interpersonalne wsparcie, rozpoznać trudności w zlokalizowaniu prawdziwej duchowej zdolności tolerancji, w sposób, który był autentyczny i który angażował osobisty rozwój. Sylvia uzyskala poczucie wiedzy o tym, co zrobić, jak to zrobić i uzyskała czysty, jasny grunt do ćwiczenia tolerancji, jako duchowej praktyki, zajmując się uprzednio aspektem psychologicznym. To przykład na integrację psychoterapii i duchowości.
Louisa była zaangażowana w rozwój osobisty od ponad 10 lat. Nie przeszła pełnego profesjonalnego szkolenia, ale uczestniczyła w wielu warsztatach, prowadziła własne badania i poświęciła się własnemu rozwojowi. Przez jej przyjaciół postrzegana była jako bardzo silna kobieta. Gdy ją poznałem, zgodziłem się z tym - mogłem w niej dostrzec głęboką siłę. Oczywiście wiedziała to o sobie, mimo tego była skupiona na tym, czego musi się jeszcze nauczyć, na jej słabych punktach i na miejscach, w których uważała, że mogłaby być lepsza. Zasugerowałem jej - czemu nie uczy innych, jak odnaleźć siłę, którą posiada. Louisa powiedziała, że nie jest zewnętrzenie gotowa - nie zarabiała zbyt wielu pieniędzy na tym, co robi. Wskazałem, że to jej wewnętrzny sukces się liczy - nieważne, co się wydarzy, nie pozwoli się zniechęcić, nie podda się. Nosiła w sobie tę wewnętrzną siłę i to, że nie udało jej się jej obrócić w zarabianie mnóstwa pieniędzy, nic nie znaczy, poza kilkoma bardzo powierzchownymi sprawami. Potem powiedziała, że nie wie, jak uczyć innych tego, czego się dowiedziała - dla niej to było naturalne. Przeprowadziłem ją przez proces świadomości, cofając się w nią samą i obserwując, co zrobiła w różnych sytuacjach, by uzyskać dostęp do jej siły. Powiedziała o jej rozmowach ze sobą, jej nastawieniu, spytałem również, co robi na jej poziomie somatycznym. Wskazałem, że ten rodzaj autorefleksji stanowi bazę do tego, by być stanie uczyć innych tego, co wie. Zasady Gestalt bazują na dawaniu wsparcia - przedstawianiu klientowie tego, jak ich doświadczam. Może to być "pozytywne", jak i "negatywne", nie ma to jednak znaczenia. Rzecz w tym, jak ja ich doświadczam i jaki to ma na mnie wpływ. Ten rodzaj wsparcia jest dla niektórych bardzo cenny - być naprawdę dostrzeżonym. To utwierdzające, uznające, zapewnia solidny grunt pod terapeutyczną rozmowę. Pomaga to również zidentyfikować ich unikalny styl bycia w świecie - coś, co dają z siebie w relacjach z innymi, a co za tym idzie - w ich pracy. Po drugie, pomogłem jej przejść proces uświadomienia, by mogła zdekonstruować swoje wewnętrzne działania. To bardzo użyteczne w wielu sytuacjach - to pytanie o to, "jak" chcemy tego, czego chcemy. Zdając sobie z tego sprawę, pojawia się więcej możliwości wyboru - w tym wypadku, umiejętność uczenia innych. Po trzecie, jako terapeuci, możemy przeprowadzić swój własny proces dekonstrukcji świadomości, pozwalając opisać klientom to, co wiemy i co rozumiemy. To niezbędne dla naszej autorefleksji i otrzymywania pozytywnego wsparcia.
Terry cierpiał stratę. Był w związku z Dianne przez kilka lat. Bardzo się kochali. Oboje byli zainteresowani życiem wewnętrznym, łączyła ich silna więź. Jednak Dianne była pogrążona w depresji. Przyjmowała różne leki. Próbowała kilku terapii, jednak nie pomogły zbyt wiele. Prowadziła wymagającą karierę, która sprawiała, że jest ciągle zajęta i zestresowana. Wspólnie starali się jakoś sobie radzić (ona wiele podróżowała, nie mieszkali razem). Zawsze wypracowywali jakieś rozwiązanie, było to jednak dość wyczerpujące. Dianne była niezwykle krytyczna, podczas gdy Terry był bezproblemowy. Dianne od czasu do czasu z nim zrywała, jednak po pewnym czasie znów się z nim kontaktowała, mówiąc, że bardzo za nim tęskni. Terry był całkiem cierpliwy, bardzo starał się, żeby im się udało, jednak był już na skraju wytrzymałości. Znajdował to za raczej stresujące, niż odżywcze i wygladało na to, że ich dwójka nie potrafi znaleźć drogi, by ich bycie razem było dla nich zdrowe. Wyjaśniłem Terremu, że w istocie chodzi tylko o to, że Dianne ma depresję. Depresja znajdowala się "w związku" i, w tym sensie, on sam również był w niej pogrążony. Być może nie posiadał jej jednostronnego myślenia (które zwykle towarzyszy depresji), ale, z systemowego punktu widzenia, w jakiś sposób utknął w depresyjnym polu. Jaka była jego rola? Być pomocnym, dawać wskazówki, próbować znaleźć rozwiązania, próbować rozmawiać o rzeczach racjonalnie. Wszystko to było nieszkodliwe, co innego mógł zrobić? Jednak w kategoriach systemowych, oboje ludzi współtworzy pole. To, co było jasne, to to, co wnosi Dianne. Niejasnym jest za to, co wnosi Terry. Jego bezradność czy choćby cierpliwość stała się częścią problemu. Zatem rozwiązaniem dla niego jest znaleźć sposób, by wyjść z tego współtworzonego systemu - określając swoje granice, wyrażając je w sposób niereaktywny, być proaktywnym w odmowie próśb o ratunek i przestać być tak pomocnym. To wielka prośba, dodała mu jednak energii, jako że zamiast być zależnym od zmiany Dianne - co się nie działo - mógł pracować nad sobą samym. Mówiliśmy o tym, kiedy mógł zaprzęgnąć do działania poczucie humoru. Dynamika między zmieniła się zupełnie. Zbadaliśmy, jak bardzo sam potrzebował wsparcia, znalezenia sposóbu na odszukanie jego własnego centrum i szczęśliwości, by nie dać się wciągnąć w negatywizm. Ćwiczyliśmy sposoby nad powstrzymaniem się od być zbyt pomocnym, a zamiast tego umieć wyznaczać granice - rozpoznawać własne potrzeby, określić limit tego, ile samemu jest w stanie znieść. Terry poczuł się znacznie silniejszy, trzeźwiej myślący, mógł dostrzec nad czym może pracować. Cokolwiek stało się w jego związku, była to dla niego pouczająca lekcja.
Zac mówił o uczuciu depersonalizacji. Jako dziecko myślał, że jego matka wkrótce umrze (mimo, że tak nie było). Mówił o śmierci babci. Modlił się do Boga jako dziecko... jednak nic to nie dało - babcia zmarła. W rezultacie przestał ufać religii - wyglądało na to, że Bóg robi rzeczy dokładnie odwrotne od tych, o które prosi. Jednak z jakiegoś powodu biblijna historia, o której się dowiedział, pozostawała z nim - o kimś, kto się modlił, podczas czego odwiedził go Szatan, by go kusić. Utożsamiał więc strach z modlitwą. Powiedział, że wierzy w naukę, nie w Boga. Uważał siebie za nihilistę. To, co utożsamiał z religią, duchowością, było systemem wierzeń, który do niego nie trafiał, a praktyka (modlitwa) wydawała mu się bezcelowa. Wskazałem, że duchowość posiada trzy kluczowe elementy: może dostarczyć inspiracji i wskazać kierunek, może pomóc ludziom znaleźć miejsce dla transcendencji w ich życiu oraz zapewnia praktyki, które mogą przynieść poszerzenie horyzontu i radość. Żadna z tych rzeczy nie kontytuowała jego doświadczenia religii. Wskazałem więc, że istnieją takie formy duchowości, jak Zen, który nie wymaga posiadania systemu wierzeń, wliczając w to wiary w Boga. Element depersonalizacji miał oczywisty wymiar psychologiczny. Poprosiłem więc Zaka, by zwrócił uwagę na swoje ciało. Zgłosił, że czuje "nic". Poprosiłem go, by "był niczym". Zawsze poruszamy się wraz z "oporem" w Gestalt i staramy się przyjąć doświadczenie, niezależnie jakie ono jest. Poprosiłem "nic", by pomówiło z Zakiem. "Nic" powiedziało mu, że nie ma celu w życiu, może przestać mieć nadzieje. W życiu chodzi tylko o przyziemne doświadczenia, potem się umiera. Ta pewność brzmiała, jak nihilistyczna filozofia, której Zac był wyznawcą. Spytałem Zaka, jak się czuje. "Pusto". Ponownie więc pozostaliśmy z pustką przez pewien czas; Poprosiłem go, by był w kontakcie ze swoim oddechem, ja zaś pozostawałem z nim w milczeniu. To coś, co nazywamy "kreatywną próżnią". To nic, czego należy się obawiać lub przegadać, trzeba spokojnie siedzieć z drugą osobą, pozwolić wyłonić się rzeczom w ich własnym czasie. Po pewnym czasie, Zac przyznał, że czuje ciepło w swoim ciele. Gdy brał wdech, zaczęło przenikać go uczucie radości. To byłe nienazwana radość, nie związana z niczym w szczególność. Wraz z tym, jak przy niej trwał, zaczęła wzrastać; oddychał ciężko i głęboko. Trwało to dłuższą chwilę. Nie było nazwy, by określić to doświadczenie. Było to po prostu doświadczenie jego własnego bytu. Jego nihilizm nie był tylko dystansowaniem się od wiary, jako czegoś pośledniego, był również odcinaniem się od swojej własnej egzystencji. Kiedy pozwolił sobie na to doświadczenia samoobjęcia, pojawił się w nim głębszy sens istnienia. To egzystencjalne podejście w szukaniu znaczenia - pozwolenie doświadczeniu dostarczenia sensu, niż raczej próby zakrycia go poprzez wyjaśnianie i projekcje.
Joanne jako nastolatka doświadczyła bardzo głębokiego i znaczącego przeżycia duchowego. Było ekstatyczne. To rezultat jej zainteresowań duchowością z dzieciństwa. Jej rodzice byli religijni. Jednak nie radzili sobie z tym zbyt dobrze. Jej matka się bała - prawdopodobnie tego, że Joanne może zwariować. Joanne poszła do ich księdza, jednak on powiedział jej, że będzie musiała brać leki przez całe swoje życie i że coś jest z nią nie tak - potwierdzając przekaz, że jest szalona. Nawet bliska ciotka, która początkowo wspierała jej zainteresowanie duchowością, nie miała nic do powiedzenia. Jej ówczesną reakcją na tę sytuację było rzucenie się w życie zewnętrzene, w świat i zdysansowanie się od wszystkiego, co duchowe. To jednak wydawało się dla niej niezwykle puste. Zasugerowałem więc, by posadziła "Boga na krześle" i odbyła z nim bezpośrednią rozmowę. Powiedziała, że tak właściwie powinny być dwa krzesła - jedno dla jej pierwszego spotkania z Bogiem ("jak z pierwszym chłopakiem"), a drugiej dla jej obecnej relacji z Bogiem. Tak też zrobiliśmy. Rozmowa potoczyła się tak, jak gdyby rozmowa odbywała się między dwojgiem kochanków, między którymi jest jakaś niedokończona sprawa! Sprawdziłem z nią wiele kwestii - jak się czuła, kiedy angażowała się w te rozmowy. Był to bardzo delikatny grunt i tak naprawdę nie powiedziała nic więcej na temat bycia "zdradzoną" przez Boga. Był to również bardzo drażliwy tamat, jako że jej poprzednie próby rozmowy o tym, kończyły się na tym, że została okrzyknięta "szaloną". Upewniłem się więc, że daję jej osobiste wsparcie, zachętę i zadeklarowałem jedynie pozytywne osądy. Upewniłem się również, że posiada wsparcie ze strony grupy, by wiedziała, na czym stoi i to było jej wsparciem. Nigdy nie wiadomo, czy to wystarcza, dlatego ważnym jest, by zapewniać takie wsparcie w miejscu, w którym może pojawiać się wstyd. To przykład na to, jak proces Gestalt może być zastosowany wobec traum, odnoszących się do sfery duchowej. To, jaka jest relacja z Bogiem, w pewnym sensie, przekłada się na to, jakie są relacje z innymi, co moe być zbawienne da terapeutycznych procesów, których używamy wobec innych relacji.
These case examples are for therapists, students and those working in the helping professions. The purpose is to show how the Gestalt approach works in practice, linking theory with clinical challenges.
Because this is aimed at a professional audience, the blog is available by subscription. Please enter your email address to receive free blog updates every time a new entry is added.
If you are interested in following my travels/adventures in the course of my teaching work around the world, feel free to follow my Facebook Page!
Can you translate into Polish? I am looking for volunteers who would like to continue to make this translation available. Please contact me if you would like to contribute.
Interested in Gestalt Therapy training?
Contact us!
This Gestalt therapy blog is translated into multiple languages. You are welcome to subscribe