Elise od razu przeszła do sedna. Mówiła o byciu molestowaną jako pięcoletnia dziewczynka. To pierwszy raz w życiu, kiedy powiedziała o tym komuś, a była już długo po czterdziestce. Po tym zajściu, wciąż uważała, że straciła swoje dziewictwo. Jednak kiedy pierwszy raz uprawiała seks ze swoim mężem, zorientowała się, że to nieprawda. Jednakże, ciężar, jaki nosiła od tamtego czasu negatywnie na nią wpłynął i po 20 latach małżeństwa, nie była w stanie cieszyć się seksem z jej mężem. Jak wiele ofiar napaści seksualnej, obwiniała za to samą siebie - czemu nie uciekła? Czemu nie nienawidzi gwałcicela? Czemu nie potrafiła odpuścić? Tak wiele rzeczy jej ciążyło. A teraz jej mąż prowadził romans od 5 lat, co zwiekszyło poczucie jej ciężaru i samonienawiści. Po pierwsze, rozpatrzyłem w szerszej perspektwie jej doświadczenie - wiele ofiar znajdowało za łatwiesze nienawidzenie siebie, niż sprawcy. I ofiary, zarówno dorośli, jak i dzieci, zamierały. Wyjaśniłem jej więc wiele rzeczy, które upewniły ją, że nie jest osamotniona w tym doświadczeniu. Powiedziała, że chciałaby znaleźć przyjemność w seksie. Powiedziałem - "czyż nie byłoby wspaniale sprawić sobie taki prezent - owierasz go i oto jest, wspaniałe źródło przyjemności, do którego masz dostęp kiedy tylko zechcesz". Przygotowywałem ją na tę możliwość. W programowaniu neurolingwistycznym nazywamy to zakotwiczaniem w przyszłości (future pacing). Zasugerowałem jej również, że może dokonać zamiany - wymienić ciężar, który nosi na ten wspaniały dar. Powiedziałem "jak niesamowitym by było oddać ten ciężar i zamiast niego otrzymać dar przyjemności". Wprowadziłem pomysł wymiany. Przekazała, że po molestowaniu widziała sprawcę, jednak nie doszło do dalszych prześladowań. Jednakże, dziwne z jej punktu widzenia, poprosiła go o podwiezienie na rowerze do jej szkoły. Było jej też ciężko z tym, że go "wykorzystuje". I dlatego, że pozwoliła sobie się do niego w jakiś sposób zbliżyć. To całkiem normalne, przekonałem ją o tym. Ofiary często odczuwają pewien rodzaj więzi ze sprawcą, który kontestuje z jasnymi kategoriami pojmowania.Bert Hellinger wiele o tym pisał. Wskazałem również, że być może "wykorzystywanie go" do powiezienia był swego rodzaju wymianą - sposobem na "odepchnięcie go", pozwalając mu wymienić swoją winę na "bycie wykorzystanym".
Ponownie, chciałem wprowadzić tę ideę wymiany. Następnie przygotowałem eksperyment Gestalt: poprosiłem ją, by wybrała kilka przedmiotów, reprezentujących różne elementy - ciężar, jej nienawiść, siebie samą, "dar" (przyjemny seks), molestowanie, jej męża. Nazwałem to raczej "molestowaniem", a nie "molestującym", ponieważ jasnym było, że nie chce nienawidzić sprawcy. Potem zainicjowałem proces: zamieniła swoją złość na siebie, na złość na molestowanie. Zamieniła ciężar na dar. Potem zachęciłem ją do kolejnego eksperymentu Gestat, angażując ją w dialog z przedmiotem, reprezentującym jej męża; zaproponowała mu, że jeśli zakończy swój romans, otrzyma od niej prezent - przyjemną seksualność. Jeśli nie, zabierze ją do nowego związku. Zdecydowała, że będą w separacji przez 6 miesięcy, dając mu szansę albo na zakończenie drugiego związku, albo na decyzję o przerwaniu go z nią. Podczas tego zasugerowałem, by trenowała swój "dar" - zadowalając siebie (nigdy wcześniej się nie masturbowała), czytała opowiadania erotyczne i inne pomocne książki na temat przyjemnego doswiadczania seksualności. Cały proces przepełniony był dużą dozą emocji. Na koniec czuła się bardzo spokojna i trzeźwo myśląca. W Gestalt używamy terminu "orgazmiczna samorelguacja" (orgasmic self regulation) - chodzi o to, że każda osoba podskórnie wie, czego pragnie i posiada naturalne zdolności, by do tego dążyć. Problemem jest, że stare nawyki przeszkadzają w tym procesie, wchodząc mu w drogę. Zapewniamy więc wsparcie w kluczowych miejscach, pomagając przywrócić naturalny orgazmiczny bieg. Elise była gotowa na zmianę w swoim życiu, więc jedynym, czego potrzebowała była odrobina wsparcia, jak się w tym odnaleźć. Wszystkie podpowiedzi już tam były, tak jak niezbędne surowce. Potrzebowała jedynie wsparcia, by w pełni dokończyć Gestalt - przechodząc od pragnienia i zamiaru, aż do działania i satysfakcji.
Kirstie tkwiła w zwiazku, w którym panowała przemoc domowa. Dorastała w dużej rodzinie; nawet jeśli jej ojciec był daleko, pracując przez większość jej dzieciństwa, jej wspomnienia były w gruncie rzeczy dobre. Jej mąż pochodził z wojskowej rodziny. Jego ojciec był matkę. Jego rodzeństwo miało rożne problemy, wliczając w to uzależnienia. Kirstie była dobrą żoną. Prowadziła rodzinny biznes. Pomagała mężowi. Pomagała teściom. Była dla wszystkich - z wyjątkiem siebie. Jej mąż był niestabilny i władczy, ograniczając to, jak często mogła wychodzić z domu. Pomimo tego miał za sobą kilka romansów. Przemoc pojawiła się przy kilku okazjach, jednak ostatni incydent wydarzył się całkiem niedawno, wezwano policję. Chciała separacji, jednak odmówił, mając wspracie swoich rodziców. Powiedziała mu, że jeśli przemoc zdarzy się ponownie, odejdzie. Kirstie miała za sobą wiele kursów samorozwoju, czytała wiele książek, wliczając te o przemocy domowej. Uczyła się troski o siebie na różnych poziomach. Uczestniczyła też w kilku grupowych terapiach. Oczywiście towarzyszyło jej mnóstwo emocji, gdy opowiadała tę historię. Jednym z przeciwwskazań w prowadzeniu terapii jest przemoc domowa. Podczas gdy terpia może być użyteczna we wzmocnieniu osoby, która znajduje się w rolu ofiary, w niektórych wypadkach może pogorszyć sprawę - ponieważ osoba staje się bardziej niezależna, przemoc może wzrosnąć, jako próba wymuszenia kontroli. Nie chciałem więc pracować z uczuciami czy nawet zachowaniami. Nie chciałem przedstawiać strategii. Powiedziałem Kirstie - czego ode mnie chcesz? Powiedziała - wyznaczenia kierunku, w którym mam podążać. Wskazałem, że pewnie miała wiele sugestii ze strony jej przyjaciółek i że jeśli ja jej coś zasugeruje, prawdopodobnie to zignoruje. Uśmiechnęła się, bardzo lekko i już wiedziałem, że to, co mówię jest prawdą. Sprawdziłem to. Spytałem ją z miejsca - czy jeśli znowu cię pobije, odejdziesz? Zamikła, stanęła jak wryta, zaczęła popłakiwać, słabo pokręciła głową. To potwierdzenie, że potrzeba czegoś bardziej dogłębnego. Nie byłem więc delikatny, współczujący, rozumiejący czy wspierający. To zaangażowałoby mnie w pozycję "sympatii", która ostatecznie wcale by jej nie wzmocniła. Wszedłem w rolę autorytetu i powiedziałem jej - 'jest tylko jedna rzecz, którą możesz zrobić". Zwykle wystrzegam się roli autorytetu, ponieważ wolę komunikację opartą na dialogu albo wycofuję się nieco, by zbadać rzeczywistość i wartości klienta. Jeśli mielibyśmy więcej czasu, mogłoby to być użyteczne. Jednak istnieją bardzo realne zagrożenia w związku przesyconym przemocą i byłem zorientowany na bardziej praktyczne rozwiązania. Użyłem więc swojgo autorytetu, by wywołać dramatyczny efekt, skonfrontować się z nią i przetestować jej gotowość do zrobienia czegoś innego. Użyłem teorii biegunowości w Gestalt - istnienie jednego bieguna, zawsze pociąga za sobą istnienie drugiego. Była rozpoznawana jako ofiara/bezsilna/miła dziewczyna. Powiedziałem więc - "będziesz musiała się stać jak twój teść - wojskowy". Mówiłem w ten sposób, używałem języka autorytetu - do którego w pewnym sensie była przyzwyczajona, jednak używałem go w życzliwym celu, a nie po to, by ją skrzywdzić. Wziąłem figurkę osoby, która wyglądała jak partiarcha i postawiłem ją przed nią. Kazałem jej (wróćcie znów uwagę na autorytet), by podeszła i stanęła przez figurką i "stała się" nim. Cała ta autorytarność jest po to, by pomóc jej wkroczyć krok po kroku w jej energetyczną rzeczywistość. Poprosiłem ją, by wobraziła sobie, że jest wojskową. Oficerem, który dowodzi tysiącami, wysyła ich do bitwy. Oficerem, wobec którego jest się absolutnie posłusznym, który wydaje rozkazy, który jest gotów, by poświęcić setki żyć innych. Oczywiście trudno jej było znaleźć się w tej roli, jednak skupiałem jej uwagę, pokazując jak twardo stać, dając jej mentalne obrazy. W pewnym momencie powiedziała "ale mój teść jest bardzo nieszczęśliwy". Powiedziałem - "tu nie chodzi o szczęście, ale o władzę. Chodzi o to, byś weszła w rolę władzy. Nie musisz tam zostawać, zostań tylko tak długo, jak to konieczne, a potem możesz wrócić do miłej i troskliwej siebie". Wyjaśniłem jej, jak w tej roli nie będzie się troszyć o to, czy kogoś zrani swoimi decyzjami. Brzmi to, jak tworzenie w kimś destrukcyjnych zachowań. Jednak w istocie, ktoś taki, jak ona, kto jest rozpoznawany jako bezsilny i "troskliwy", potrzebuje sposobu na to, by wyjść z tej roli, a wejść w przeciwną, tak by mógł działać z siła, by móc bronić siebie. Jedną z rzeczy, których obawiał się jej mąż było to, że ona odejdzie i to właśnie ta siła, której nie chciała ćwiczyć. Gdyby tak zrobiła, skrzywdziłaby go. Jest to więc przykład "strategicznej" umiejętności, umiejętności,które są niezbędne w życiu i związku, tak samo jak umiejętności intymności. Była w stanie utrzymać tę pozycję krótko, po czym zaczęła płakać. Poprosiłem ją więc, by usiadła. Wyjaśniłem jej, że rzeczy, których pragnęła - lepszej komunikacji, bezpieczeństwa, były drugorzędne. Pierwszą rzeczą było odnalezienie jej siły Bez niej nie mogły istnieć pozostałe. Jest postrzegana za miłą osobę. By wyjść z tej sytuacji, musi nauczyć się przyjmować inne podejścia - w tym wypadku dowódcy wojskowego.
Mogą znaleźć się ludzie, który sprzeciwiliby się używaniu tak agresywnych obrazów. Jednak ironią jest, że, dopóki nie zdoła posiąść tej bezwzględności i przemocy sama, dopóty nie będzie w stanie stanąć po swojej stronie i móc chcieć go opuścić. Dopóki nie będzie tego chciała, dopóty będzie się "dostosowywać" i wszystko przyjmować - prawdopodobnie przez długi czas. Kobiecie może zając wiele lat, by opuściła związek przepełniony przemocą domową. Wyjaśniłem jej więc, że musi ćwiczyć tę nową tożsamość codziennie. Zdjąć swoją biżuterię, włożyć męskie ubrania. Znaleźć swój autorytet i siłę. Potm, kiedy będzie w pełni gotowa, zaplanować - strategicznie - spotkanie z jej mężem, gdzie będzie mogła w pełni wejść w swoją siłę i "wyłożyć kawę na ławę". To rodzaj komunikacji, do którego był przyzwyczajony ze strony jego rodziny i który prawdopodobnie szanuje. Byłbym za tym, by go opuściła (czyli go skrzywdziła), weszła w swoją siłe i dostarczyła tę wiadomość, gdyby to mogło cokolwiek zmienić. Zgodziła się. Tak więc w tym przypadku, siła była podstawą, a wszystko inne szło za nią. Terapia musi umieć płynnie się dostosować, by przyjąć takie podejście, którego wymaga sytuacja. Pracując z jej uczuciami byłoby nieodpowiednie, zakładając że kontestem jest przemoc. Niezbędnym było, by przejść do tego kontekstu i odsunąć od jej zafiksowanej pozycji, pozwolić zdobyć szacunek - i posłuszeństwo - jej męża.
Jillie zaczęła od opowiedzenia o swoim małżeństwie. Nie uprawiali zbyt często seksu i było kilka takich lat, gdzie jej mąż wyjeżdżał na długo, by pracować. Teraz wrócił do domu. Wyszła za niego dla poczucia bezpieczeństwa po przeżyciu kilku przewrotach w jej życiu, jednak nie czuła do niego pociągu. Wiedziałem więc, by jej małżeństwo przetrwało i było udane, musi kierować się wolą, a nie emocjami. Jeśli istnieje chemia, najczęściej pomaga. Jeśli zaś jej nie ma, dobre małżeństwo wciąż jest możliwe, wymaga jednak całego świadomego wysiłku, by ustanowić warunki pod intymność. Warunki te nie były obecne w jej małżeńtwie - w ciągu 6 lat odbyli tylko 2 rozmowy, które były oparte na emocjach. Spytałem ją jak bardzo jest w swoim związku, a jak bardzo poza nim. Powiedziała, że 50/50. To wskazywało, że to krytyczne połączenie, że jest nadzieja, ale musiało się natychmiast wydarzyć coś innego. Wskazywało to na potrzebę wkładu. To więc wyznaczyło ton naszej sesji. Poprosiłem więc Jillie, by wstała i stanęła na linii na podłodze - linii 50/50. Spytałem, która strona jest którą - i określiłem kategorie - opuszczenie związku lub uczynienie go wartościowym. Wyznaczyłem te dwa bieguny, ponieważ czyniły wybór jasnym. A nie chciałem tworzyć wyboru typu "zostań i nic się nie zmieni", ponieważ to kontynuowałoby niemrawość jej związku, a tego nie chciałem wspierać. Potem więc zachęciłem ją, by stanęła po którejś ze stron - najpierw po "opuszczającej stronie". Odnotowała kilka doświadczeń - strach, podekscytowanie, "wolność", ból. Zachęciłem ją, by w pełni weszła w te uczucia. Potem poprosiłem ją, by przeszła na drugą stronę - wartościowego związku. Na początku nie miała pojęcia, co to znaczy, więc zdefiniowałem go dla niej - co znaczy wartościowy związek, w kilku słowach. Poczuła się pewnie, spokojnie, zadowolenie, równowagę, radość i spełnienie. Cofnąłem ją na linię. Spytałem ją - "ok, teraz musisz wybrać stronę, którą wybierzesz?" Zaczęła wykręcać się od jasnej odpowiedzi. To pozycja, w której się znajdowała - nie chciała podejmować decyzji, pozostając "bezpiecznie" na linii, lecz jednocześnie będąc "martwą". To pokrewne pasywnej pozycji, którą Sartre nazwał "złą wiarą". W Gestalt jesteśmy zainteresowani tym, co nazywamy "egzystencjalną odpowiedzialnością", która jest sposobem przeżywania życia, który angażuje poczucie możliwości wyboru, a nie tylko bycia ofiarą przeznaczenia czy okoliczności. Mogłem dostrzec jej niechęc do stanięcia po którejkolwiek stronie. Przechytrzyłem ją więc. Wziąłem monetę i powiedziałe jej - jeśli orzeł, to odchodzi, jeśli reszka, to wybiera lepszy związek. Już miałem rzucić monetą, lecz spytałem ją - którą stroną chciałabyś, żeby wylądowała moneta? Powiedziała - odejścia. Poprosiłem ją więc, by stanęła po tej stronie. Przynajmniej mogliśy "naprawdę spróbować" wyboru. I dać jej lepsze tego doświadczenie, a nie tylko o nim fantazjować. To następna faza eksperymentu Gestalt. Powiedziała, że czuje się silna i opanowana. Spytałem ją o konkretne konsekwencje. Pomogłem jej je wypowiedzieć - utrata finansowego bezpieczeństwa, wpływ na jej dziecko, wpływ na jej męża - poposiłem ją, by sobie go wyobraziła i sprawdziła, jaka byłaby jego reakcja (smutek, złość, itp.) i doświadczyła, jakie by to dla niej było. Przy tak ważnych decyzjach bardzo ważnym jest, by dać osobie tak osadzone poczucie, jak tylko pozwalają na to konsekwencje ich wyborów. Nie chciałem tego tak zostawić. Jedną z cech rozwodu jest, że jest "już za późno", nawet jeśli druga osoba się zmieni. Powiedziałem więc, odwróćmy na chwilę sytuację i wyobraźmy sobie, że zanim zdecydowałaś się opuścić związek, powiedziałaś o tym mężowi, a jego odpowiedzią byłoby "zapłacę każdą cenę, by móc zbudować wartościowy związek z tobą". To dramatyczny test - jak bardzo chce go opuścić i jak bardzo chce wartościowego związku, ale nie wierzy, że jest on możliwy? To nie tylko wkładanie w usta słów, to odgrywanie scenariusza, przy wysokich stawkach i kartach na stole. Czasem pod wpływem takich okoliczności mężczyźni i kobiety stają na wysokości zadania. Wierzę, że to warte spróbowania. Jednak potrzebowała pomocy, by wyartykułować, co ma na myśli. Powiedziałem - o co byś go poprosiła - o listę. Wspomniała - miałby uczestniczyć na zajęcia z wychowania dzieci, miałby ćwiczyć, odbywaliby bliższe rozmowy raz w tygodniu, jeździliby na rodzinne wakacje raz na 3 miesiące. Powiedziałem - a co z seksem? Odparła - jeśliby się zdarzył, z całym sercem bym mu się oddała. Potem poprosiłem ją,by wróciła do linii. Spytałem, co teraz chciałaby wybrać. Aż do tego momentu pozostawałem neutralny, tylko ukierunkowując jej wybory, pomagając jej je zbadać. Moja własna opinia była bez znaczenia. Pracowałem nad tym, by zwiększyć jej świadomość, a przez to zdolność do wzięcia odpowiedzialności za jej własne życie. Poszerzyłem jej świadomość, działając fenomenologicznie. Teraz znajdowała się na linii i "nie mogła wybrać". Wisieliśmy nad tym przez chwilę, wciąż bez decyzji. W całej serii sesji moglibyśmy mieć ten luksus wiszenia w tym miejscu. Jednak sama sesja już była długa i był czas na to, by ten problem przybliżyć. Więc raczej zamiast ją tam zostawiać, spytałem - czego potrzebujesz? Odpowiedziała "popchnięcia". Spytałem "chcesz zatem mojej opinii?. Powiedziała, że "tak". Powiedziałem "chcesz więc, bym zadecydował o twoim losie?" Konfrontowałem ją z jej pasywnością i skutkami jej oddania decyzji w moje ręce. Spytałem więc ponownie - naprawdę chcesz usłyszeć moją opinię? Powiedziała, że tak. To było ważne - nie wtrącać swoich trzech groszy zbyt szybko. Wszyscy mamy swoje opinie i wszyscy uważamy je za wspaniałe. Ważnym jest jednak, by być ostrożnym z klientami, jako że autorytet naszych opinii jako terapeutów może nadmiernie wpłynąć na osobę, obierając jej autonomię. Jednak terapia nie może być zbyt sztywna. Czasem, po badaniu, odpowiednim jest wnieść swoją własną fenomenologię. Tak też zrobiłem. Wspomniałem o podobnej sytuacji decyzji o swoim własnym rozwodzie. Mój terapeuta nie zajmował żadnego stanowiska. Teraz uważam, że chciałbym by to zrobił - byłoby to dla mnie pomocne. Powiedziałem jej więc o swojej opinii, precyzyjnym i jasnym językiem. Wierzyłem, że wybierze polepszenie związku, tak że, gdy zgodzi zrobić się wszystko, ona mogłaby dyktować warunki, co brzmiało dla mnie dobrze. Powiedziałem jej, że uważam miłość za akt woli i jeśli podejmie taką decyzję, mogłaby nauczyć się go głęboko kochać i stworzyć warunki do rozkwitu intymności. Powiedziała - tak, wierzy mi. Współgrało to z jej głębokimi uczuciami. Zdecydowała, że tak właśnie zrobi i sprawdzi, jak spisze się ten pomysł. W ten sposób osiągnęła własną integrację - przeszła do podjęcia decyzji, nie porzucając jej prawa do wyboru drugiej strony. To był dobry wskaźnik, pokazujący, że doszła do swoich własnych wniosków.
Patty przyszła z problemem "stabilności", chciała jej więcej w swoim życiu. Próbując zrozumieć, co to dla niej znaczy, wspomniała o tym, że często czuła się zmęczona, lecz jednocześnie nie mogła wcale odpoczać. Gdy rozmawiałem z nią o tym, nie widziałem zbyt wielu emocji na jej twarzy. Spytałem o to, nie zdawała sobie jednak sprawy z jej bezwyrazowości. Działo się tak kilka razy, za każdym razem zwracałem jej na to uwagę. To coś, co nazywamy fenomenologicznym sprawozdaniem - obserwacja oczywistości. Potem zaczęła się łamać, zaczęciłem ją do wzięcia głębszego wdechu i spytalem, jak się czuje. Stwierdziła, że lekki smutek. Widziałem wyraźnie, że trudno jej było "odpuścić" - to somatyczny termin, który wskazuje na odpuszczenie zarówno emocjonalne, jak i fizyczne. Zasugerowałem więc eksperyment - oprze się o mnie. W ten sposób oferowałem jej relacyjne doświadczenie "kogoś innego", będącego stabilnym dla niej, tak by mogła pozwolić sobie na więcej emocji. To potencjalnie mogło dać jej źródło siły, którą mogłaby później wchłonąć w siebie, w tym samym czasie, pozwalając sobie bezpieczniej odczuwać emocje. Pracowaliśmy tak chwilę, trochę płakała, co wskazywało na blokadę jej pleców. Położyłem więc na nich dłoń - jako wsparcie - poczuła ulgę w bólu. Jednakże czułem, że istnieje pewna granica, której nie pozwalała sobie przekroczyć. Powiedziała, że czuje, jakby "musiała polegać na sobie". Podążyłem za tym odczuciem, zachęcając ją, by usiadała, ona zaś powiedziała - "Nie potrafię w pełni ufać mężczyznom". W Gestalt zawsze zachęcamy innych, by przekształcali ogólne stwierdzenia w bardziej osobiste - w "ja-ty". Powiedziałem więc - "Ja jestem mężczyzną, powiedz mi o tym bezpośrednio". Po czym odparła - "Chodzi o mojego pierwszego męża". Wszystko się więc wyjaśniło. Wyjaśniła, że musiała znieść bardzo dużo złego i pozbawionego szacunku zachowania z jego strony, i nigdy nic przy tym nie powiedziała. Była więc zła na samą siebie - zaciskała mocno pięści. Zachęciłem ją więc, by "posadziła go na poduszce" i porozmawiała z nim. Uważała, że to trudne. Była tak przyzwyczajona do obwiniania samej siebie. Potrzebowała pomocy z mojej strony w sforumułowaniu stwierdzeń w stylu: "Jestem zła, że...". Tak długo była wściekła na samą siebie, że pozwoliła na to jego złe zachowanie. W Gestalt odnosimy się do energii, która jest skierowana na siebie, niż raczej na innych jako "retrofleksja" ("retroflection", tyłozgięcie - przyp. tłum.). Jej ciało było do tego przyzwyczajone. Zapewniłem jej więc wsparcie, by przekierowała tę energię na niego, zmieniając jej "jestem zła, bo pozwoliłam..." w "jestem zła, bo zrobiłeś". Zaczęła nagle uderzeać w poduszkę. Jednak nie bardzo mocno, zaś jej głos nadal pozostawał dość łagodny. Widać było, że trudno jest jej być złą. Jednakże stwierdziła, że więcej miejsca do złapania oddechu, co wskazywało na to, że odpuszcza. Powiedziała o męskim przyjacielu, który był dla niej bardzo miły... jednak ona nie była miła dla niego. Sprowadziłem więc jej uwagę na nią i mnie. Powiedziałem "matwię się o ciebie" - zgodziła się, że może to w pewnym stopniu przyjąć - ponieważ jestem "dobrym człowiekiem". Powiedziałem też - "jednak jak wszyscy ludzie, potrafię też być samolubny". To przedstawienie jej doświadczenia biegunowości - w jednej osobie, a nie rozbijając to na "dobrych ludzi i złych ludzi". Trudno jej było to przyjąć. Zachęciłem ją więc do kolejnego eksperymentu. Wziąłem jej dłoń w moją i powiedziałem "czy czujesz moją troskę?". Na początku była bierna, lecz poprosiłem ją, by ścisnęła moją dłoń - aktywne uczestnictwo w przyjmowaniu troski (i odnosi się do problemu, który Sartre nazywał "złą wiarą" - bierny sposób zrzeczenia się wyboru w życiu). Potem poprosiłem ją, by popchnęła swoją rękę przeciwko mojej. Tak, by obie dłonie wykonywały inną czynność. Zachęciłem ją, by powiedziała dwa zdania: "Akceptuję twoją troskę" "Odpycham twoją samolubność" Drugie zdanie miało w zamiarze mówić "nie pozwalam, by twoja samolubność mnie krzydziła". W ten sposób byliśmy w stanie zawrzeć oba elementy relacji - ochronę samego siebie i otwartość na innych. Przez długi czas odpychała od siebie mężczyzn, potem czując niedosyt i nie była w stanie wejść w związek. Zapewniło jej to doświadczenie integracji i umiejętność utrzymania dwu elementów relacji. Powiedziała, że czuje dużo więcej przestrzeni i nowe pojęcie o tym, jak powinna być z mężczyznami.
Lucy poruszyła temat jej wrażliwości. Dostrzegłem, że dużo się uśmiecha. Spytałem, czy czuje się szczęśliwa... a potem, jaki rodzaj rzeczy daje jej przyjemność, co przynosi jej szczęście. Mimo że dało mi to nieco informacji, nie wydawało się to łączyć z problemem, z którym przyszła, więc zostawiłem to. Czasem takie figury zainteresowania mogą być użyteczne - później podczas sesji lub kiedy indziej. Uczęszczała też na inne terapie, a ostatnio przeczytała książkę, która uświadomiła jej, że jej problemem jest nadwrażliwość. Była tym zmartwiona również w odniesieniu do spotykania mężczyzn. Była młodą kobietą, która łatwo nawiązywała przyjaźni z męzczyznami - często znajdowała się w punkcie, w ktorym chciała posunąć się do bardziej intymnej relacji. Zastanawiała się jednak, czy jej wrażliwość nie powodowała, że posuwała się zbyt szybko i źle odbierała sygnały wysyłane od mężczyzn. Jej związki nie trwały zbyt długo i zastanawiała się, czy jej wrażliwość nie przyczyniała się do tego braku sukcesu w nawiązywaniu pogłębionej relacji. Zaczęła opowiadać mi wiele historii - o doświadczeniach z młodymi mężczyznami, które nie były owocne, o diagnozie, którą postawił pewien praktykujący odnośnie blokad w jej systemie, po czym zaczęła opowiadać o innych sprawach z jej rodzicami i jej niedokończonych uczuciach względem nim. Pomimo że te wszystkie historie mogły mieć znaczenie, czułem, że zatacza coraz szersze kręgi - zbyt dużo kurczowego chwytania się, zbyt dużo obrazów, zbyt dużo informacji. W Gestalt pracujemy nad tym, by osadzić, skupić i odszukać "jedną figurę" z którą można pracować podczas sesji. Przerwałem jej więc (ważna umiejętność terapeutyczna) i powiedziałem jej, że zaczynam się gubić i chciałem sprowadzić dialog z powrotem do teraźniejszości oraz skupić się na problemie, który przedstawiła. Czasami inny, ważne figury pojawiają się w toku takiego opowiadania historii, jednak w tym wypadku po prostu generowały zbyt wiele innych możliwości, z których żadna nie wydawała się mieć więcej energii. Zaprosiłem ją więc, by wróciła do "tu i teraz, ja i ty" - na tym głównie skupiamy się w relacyjnym Gestalt. Poprosiłem ją, by zwróciła uwagę na swoja wrażliwość w stosunku do mnie i mi o niej powiedziała. Spodziewałem się, że powie coś o sobie, jednak zamiast tego powiedziała, co dostrzega u mnie - coś, co opisała jako moją samotność. Nie było to coś, z czego zdawałem sobie sprawę, nie w tej chwili. Jednak w Gestalt, we współczesnych pojęciach, wolimy nie określać tego jako "projekcji". Ponieważ zawsze istnieje ziarno prawdy i dialog będzie zawsze bardziej wartościowy, jeśli rozmawia się w obliczu przedstawionych wartości. Spojrzałem więc na swoje doświadczenie i podzieliłem się, że mim tego, że nie byłem w kontakcie ze swoją samotnością, to było prawdą, że doświadczam jej od czasu do czasu, gdy podróżuję i w wielu przypadkach mój proces radzenia sobie z tym, polega na odpychaniu tego, spychania tego na bok. Spytałem jej, co sądzi na temat tego podejścia - powiedziała, że czuje nieco żalu. Spytałem o to, jaki ma to na nią wpływ - chciała mnie przytulić. Była to użyteczna dekonstrukcja. Podczas gdy mogłem naprawdę chcieć się przytulić, szczególnie w odniesieniu do samotności, jaką czułem, to to, co było cenne, to zobaczyć jej proces - skupienie jej wrażliwości na innej osobie i odsuwaniu się od siebie. Podkreśliłem to, sprowadzając jej świadomość. Co było godne odnotowania, to fakt, że jej wrażliwość była doskonale skierowana na innych, ale nie na nią samą. Wskazałem, że czasem moją odpowiedzią na ból innych jest chęć przytulnia ich - jednak miało to związek z faktem, że ja tego chcę, niż z tym, że oni naprawdę tego potrzebują. Wskazałem, że odsuwając się od własnego doświadczenia, stworzyła niezbalansowaną wymianę, w pewnym sensie niemal inwazyjną. Poprosiłem ją więc, by "cofnęła się pod mur" i dostrzegła swoje doświadczenie - skupiła swoją wrażliwość na samej sobie. Było to dla niej duże olśnienie i dało jej dużo cennych informacji o tym, co mogło być nie tak w jej związkach, co mogłaby zrobić inaczej. Podkreśliłem również, jak z punktu widzenia Gestalt, jej wrażliwość nie była czymś, co powinno być "zmienione", a raczej zdobyte i ujarzmione - im więcej wiedziała o sobie, tym więcej swojej unikalności mogła wnieść do związku z mężczyzną, znając swoje silne strony i swoje ograniczenia.
Molly chciała osiągnąć bardziej regularną praktykę medytacyjną. Bardzo chciała to zrobić, ale, jak wiele osób, zauwazyła, że potrafi przez chwilę to robić, po czym wypada z rytmu. Poprosiłem o szczegóły - jak często, kiedy, jak długo. Chciała ćwiczyć przez godzinę, dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Spytałem o plan. Nie miała go. Pracowała na własny rachunek, jest czas był otwarty, a każdy dzień inny. To będzie trudne! Widocznie lubiła taką spontaniczność, zainteresował mnie jej kontekst rodzinny, który często określa styl bycia. To coś, co nazywamy pytaniem o Pole w Gestalt - zainteresowanie określenia pola i jego wpływu. Głębsze wzorce pochodzą z tego właśnie miejsca i ważnym jest, by o nie pytać, ponieważ w przeciwnym razie natychmiastowe i behawioralne działania nie będą skuteczne. Musiała wiele braci i sióstr, dorastała w wieskim otoczeniu. Oboje rodziców pracowało. Istniał więć ścisły plan dnia. Jej ojciec budził się, często około godziny 4:30, wstawał, przygotowywał śniadanie do szkoły dla wszystkich dzieci, budził je, a potem pomagał matce ze śniadaniem. Potem wszyscy wychodzili wraz z matką, która była nauczycielką w szkole. Opowiedziała o tym, jak gdy miała mieć egzamin, ojciec obudził ją wcześniej, by się jeszcze pouczyła, jednak gdy tylko wyszedł, ona wróciła do spania aż do czasu, gdy miała wstać do szkoły. Dało mi to jasno do zrozumienia, że jakakolwiek rola bycia pomocnym w "budzeniu jej" - nawet w jej interesie - będzie tak samo sabotowanya przez jej pragnienie chwili. Wiedziałem więc, że musi istnieć dla niej jakiś sens pracy dla rezultatu - gdyby to był mój rozkaz, nie zadziałałoby. Musiała w pełni czuć własność nad samą sobą. Zdecydowałem, że jednym ze sposobów, by to osiągnąć, to poczuć, że "płaci cenę" za osiągnięcie efektu (regularnej medytacji). Nie będzie to "łatwe" i "za darmo", będzie musiała zaangażować pewien rodzaj zdecydowanego poświęcenia. Inaczej wychodziłoby, że "chce wszystkiego" - wolność i regularnej praktyki. Rzeczy zwykle tak nie działają. Musiałem jednak znaleźć sposób na to, by zachować jej poczucie kontroli i spontaniczności, więc nie sądziłem, by regularne ramy czasowe działały. Moje rozwiązanie było takie. Przedstawiłem jej, że wszystko ma swój koszt. Jeśli chce rezultatów, musi chcieć zapłacić cenę. W ten sposób przygotowałem ją na chęć płacenia kosztów. Spytalem ją, czy jest otwarta na "płacenie" za rezultat. Zgodziła się. Potem zasugerowałem, żeby "płaciła" wymieniając sesję medytacyjną na posiłek - to jest, dopóki nie dokończy swojej porannej i wieczornej medytacji, dopóty nie zje posiłku. To dało jej sens "płacenia" za posiłek medytacją - przemieszczając jej skupienie na to, że "musi" utrzymywać dyscyplinę medytacyjną, używając jej poczucia głodu jako motywacji. Głód jest czymś dość stabilnym, powraca każdego dnia i nie trzeba nad nim pracować, więc zakotwiczając do niego punkt odniesienia, zapewniłem punkt stabilności w jej chaotycznym planie dnia. To również pozwoliło jej zmieniać czas, kiedy ćwiczyła, zaspokajając jej potrzebę spontaniczności. W Gestalt, tak jak w podejściu Ericksona, staramy się używać surowców dostarczonych przez klienta, znaleźć rzeczy, które pasują do ich unikalnego stylu i wprowadzić zadania, które będą integrujące, a nie przełamujące ich opór.
Marta miała depresję. Rodzinny biznes nie był czymś, czym byłaby zainteresowana; nie chciała chodzić do pracy, lecz czuła się winna, gdy do niej nie poszła. Miała nawroty głębokiej depresji, ogólny brak motywacji i rozważała branie leków. Próbowała terapii, ale doradctwo było "jedynie rozmową" i nie pomogło. Chciała pomocy, by rozpocząć regularną praktykę medytacyjną, nie miała jednak planu i potrafiła się wdrożyć w regularny rytm. Po pierwsze, wyjaśniłem, że podczas gdy uważam, że duchowa praktyka potrafi być bardzo pomocna, to uważam, że powinna popracować na psychiką, obie te rzeczy były w istocie ważne. Potem postarałem się znaleźć dobrego terapeutę, do którego mogłaby się odnieść. Uważam, że to duchowe rozwiązanie jest rewelacyjne, jednak nie sądzę, by wystarczyło samo w sobie, tak samo, jak sądzę, że podejście psychologiczne ma swoje ograniczenia, które mogą być niwelowane poprzez praktykę duchową. Następnie więc spojrzałem na jej sytuację. Spytałem o jej praktykę medytacyjną. Powiedziała, że używała nagrań z wizualizacjami, ale nie wychodziło to zbyt dobrze. Najważniejszym w duchowej praktyce jest, by znaleźć jej rodzaj, który będzie ci odpowiadał. Pierwszą więc rzeczą, jaką jej doradziłem, było znalezienie naprawdę dobrej praktyki medytacyjnej. Podczas gdy wizualizacje mogą być relaksujące, niekoniecznie są duchowe w sensie łączenia się w jakiś transcendentny sposób, dostępu do stanu, który znajdowałby się poza umysłem i emocjami. Spytałem o jej zapatrywania duchowe- ważnym jest, by znaleźć filozoficzny punkt odniesienia klienta (jeśli taki posiadają). Był to buddyzm. Spytałem, który kontretnie nauczyciel miał dla niej znaczenie. Nie zawsze o to chodzi, jednak może to być użyteczne źródło do odrycia. Nazwała jednego. Spytałem, czy chciałaby pójść do tego nauczyciela i poprosić go o pomoc w medytacji. Zgodziła się. Kolejną kwestią był regularny plan zajęć. To problem dla wielu ludzi. Dla niej spotęgowany był przez jej depresję i przez fakt, że nie miała ustalonego lub regularnego planu dnia w swoim życiu. Problemem w depresji jest zwykle brak odczuwania przyjemności (pośród innych kluczowych aspektów, oczywiście). Zaproponowałem więc, że będzie sobie dawać "nagrodę" za każdym razem, gdy skończy medytować. Spytałem, jak długo i jak często chciałaby medytować; powiedziała,że dwa razy dziennie po pół godziny. Następnie więc poszukałem nagrody, która byłaby dla niej znacząca, a jednocześnie łatwo dostępna. Spytałem o jej zainteresowania - rzeczy, których lubiła się uczyć - to były sprawy duchowe, jak również psychologiczne. Mówiłem o tym, jak bardzo lubię oglądać filmy z ludźmi, który dyskutują na te tematy i stwierdziłem, że dla niej również może się to okazać przyjemne. Zgodziła się. Zaproponowałem więc, by jako nagrodę po każdej udanej medytacji, spędziła nieco czasu, oglądają te filmiki. Proces ten angażował duchowość przy użyciu szerokiej gamy psychologicznych działań. Jednym z nich było uzyskanie źródeł w jej polu. Innym było osadzenie jej zainteresowań w sposób dostosowany do jej potrzeb. W końcu użyłem kilku behawioralnych elementów, by wesprzeć ją w osiąganiu celów. Gestalt może działać na poziomie relacyjnym i egzystencjalnym. Jednakże jest przy tym elastyczny, tak że może być użyty - jak wiele terapii - by pomóc osiągnąć osobie zdrowe cele.
Wendy mieszkała z jej mężem i teściową. Jej dzieci były dorosłe, zaś jej teściowa chorowała na Alzheimera. Jej problemem było to, że chce kultywować duchowość poprzez bycie bardziej współczującą wobec jej teściowej - Joan, lecz nie mogła znieść tego, że Joan nią rządzi i probuje kontrolować wszystko, co dzieje się w domu. Na początek zatem zbadałem kontekstualne kwestie - gdzie tu była "powinność": "jest stara i ma Alzheimera, więc powinnam być dla niej miła". Spytałem, skąd biorą się u niej "powinności" - zawsze istnieje ich źródło. Wendy powiedziała, że pochodzi to zarówno z uwarunkowań społecznych, jak i rodzinnych. Pierwszą więc rzeczą, jaką zrobiłem, by jej pomóc, to rozróżnienie między społecznymi nakazami a wartościami duchowymi. Łatwo może dojść, by te dwie sfery się połączyły, co prowadzi do kognitywnego pomieszania, emocjonalnego impasu i nigdy do psychologicznego czy duchowego zdrowia. Przedstawiłem jej metaforę prawa i etyki - czasem się spotykają, a czasem działanie prawne może nie być etyczne i vice versa. Potem wyjaśniłem jej, że to możliwe, by zarówno ustalać granicę, jak i mieć w sobie współczucie - np. by mówić "nie" ze współczuciem. I w istocie, jeśli Wendy nie nauczy się współczucia dla samej siebie, nie będzie w stanie naprawdę praktykować jej z innymi. Przygotowaliśmy scenkę, po czym Wendy przećwiczyła to. Poczuła niezwykłą ulgę, uciekając presji "powinności, będąc w stanie powiedzieć "nie" bez poczucia winy i jednocześnie będąc w stanie praktykować współczucie, które chciała osiągnąć. To przykład na pracę z wartościami duchowymi, wprowadzając w nią spojrzenie z psychologicznego punktu widzenia. Widać tu typowe terapeutyczne kwestie - odróżnienie od rodziny, identyfikowanie własnego autorytetu, bycie w stanie dostrzec, co jest dla niej dobre, a co nie. Jednocześnie ważnym jest, by wspierać duchowe aspiracje - a terapeutyczny proces może zaoferać całkiem unikalny sposób na to, by pomóc osobie zrealizować ich wartości w praktyce. Dzieje się tak zarówno dzięki kognitywnemu procesowi, który pomaga odzyskać jasność spojrzenia, jak i ucieleśnionemu doświadczeniu, które daje szansę, by odkryć, w bezpiecznym otoczeniu, sposoby, by zintegrować zarówno duchowe ideały, jak i interpersonalne granice.
Jill spytała - jaki jest sens życia? To wielkie duchowe pytanie i z pewnością jedno, które ważne jest dla większości ludzi w pewnym okresie ich życia. Mam pewne poglądy na ten temat, jednak był to przypadek, w którym nie chciałem się nimi dzielić. Po pierwsze, określiłoby mnie to jako autorytet, a nie uważam, bym miał większą wiedzę na ten temat, niż ktokolwiek inny. Po drugie, moim celem jest określenie, co myśli klient. Pozwoli to określi jakiś rodzaj kosmologii, pewien system wierzeń, nawet jeśli to ateizm czy agnostycyzm. Ważnym jest, by uzyskać te wierzenia, wyciągnąć je z klienta. Czasem są nieco niejasne, jednak w takim wypadku należy aktywnie pytać i być otwartym na wysłuchanie tego, w co wierzy druga osoba. Inni będą prezentować wyświechtane czy też bardzo silne przekonania odnośnie tych kwestii. "To zależy" czy taki dialog będzie użyteczny, gdyż to w dużym stopniu zależy od klienta i od tego, gdzie sie znajduje. Może okazać się niezbędnym, by pomóc im uściślić ich system wierzeń. Może być koniecznym, by towarzyszyć im w procesie dekonstrukcji odziedziczonych czy starych systemów przekonań, by dzięki temu odnaleźć, co im odpowiada. Może być też tak, że dobrym sposobem będzie przedstawienie im własnych wierzeń, by je "przymierzyć", pomagając im tym samym wyklarować ich własne przekonania - być może w opozycji do moich. Jill podkreśliła kilka swoich przekonań odnośnie sensu życia. W większości się z nią zgodziłem, jednak w kilku aspektach nie. Przedstawiłem swoje różnice, nie w kłótkliwy czy konfrontatywny sposób, lecz jako część twórczego dialogu. Zachęciłem ją, by zważyła na to, co mówię, by znalazła to, co jej odpowiada, by zobaczyła, na co może się otworzyć, czy jaki kierunek rozwoju jej przekonań ją interesuje lub też by się nie zgadzała, gdy dostrzega jakąś niespójność czy nieścisłość. W ten sposób możemy użyć kontekst terapeutycznego dialogu, by popracować nad taką kognitywną zawartością - wokół tematu, który łatwo może stać się abstrakcyjny i oderwany od rzeczywistości. Użytecznym jest też, by po takiej wymianie odszukać skutki tego w życiu klienta, wliczając w to "tu i teraz". Pomaga to osadzić cały proces.
Jasmine poruszyła temat Religijnego Okaleczenia. Opisuje to emocjonalne traumy, jakich człowiek doświadczył w kontekście religijnych zwyczajów. Mówiła o byciu młodą kobietą i entuzjastycznym przyjęciu buddyzmu, dołączeniu do świątyni na krótki czas, budzeniu się wcześnie rano i recytowaniu sutr. Pracowała jako sekretarka w buddyjskim stowarzyszeniu i spotkała się z wieloma scenami, które ją przeraziły i poruszyły - główni nauczyciele, którzy okazywali spokój i świątobliwość publicznie, prywatnie wrzeszczeli i krytykowali innych na spotkaniach i zachowywali się w sposób, który przeczył duchowym naukom, które głosili. Odsunęła się więc od grupy. Lata później, kiedy doświadczała znaczącego stresu w życiu, powróciła do buddyzmu i dołączyła do kilku innych grup. Uczęszczała na studia, była uczona przez zakonnice i odkryła, że są bardzo nietolerancyjne wzgledem różnic, tłumiąc wszelkie pytania i wątpliwości, i w sposób lekceważące czyniły uwagi pod adresem innych grup. Przez okres kilku lat, była świadkiem wielu rzeczy, które nie przestawały ją szokować i niepokoić. W końcu stała się bardzo zła i reaktywna, mimo że kontynowała praktykę na własną rękę. Nie czuła, że może o tym swobodnie z kimś porozmawiać, więc ukrywała swój ból przez wiele lat. Teraz, gdy miała możliwość wyrażenia samej siebie, Jasmine była bardzo zła i pełna energii. Czuła w końcu, że może się komuś wygadać. Zachęciłem ją do tego, podkreślając, że w terapii w istocie jest wiele swobody ku temu, by mówić o swoich doświadczeniach i uczuciach. Stała się jeszcze bardziej energiczna. Przyniosłem poduszkę i zachęciłem ją, by posadziła na niej pierwszą osobę, z którą chciałaby porozmawiać. Rozmawiała z mnichem, który był głową jednej z organizacji, której była członkiem. Była na niego bardzo zła, wymieniając całą listę powodów. Jednakże musiałem jej przerwać, by poprosić, aby dodała "jestem z tego powodu bardzo zła" do każdego ze zdań. Co często dzieje się w takich sytuacjach to to, że osoba ma bardzo długą listę brudów do wyprania, jednak może ona unikać wliczania w to siebie lub wyrażania uczuć, jakie żywią. Staje się to wtedy diatrybą, która nie jest z reguły użyteczna czy lecznicza. Powoduje piętrzenie się energii, niż raczej jej uwalnianie. Powoduje też, że osoba dystansuje się od swoich silnych emocji, projektując je na innych. Niezbędnym jest więc, by upewnić się, że każde krytyczne stwierdzenie jest w kontakcie z uczuciami. Trudno było jej to osiągnąć. Często ludzie zaangażowani w religijność czy duchowość przez długi czas praktykują dystansowanie się od emocji. Powiedziała do mnicha "chciałabym zdjąć twoje szaty, uczynić cię zwykłą osobą". Zachęciłem ją więc, by sobie to wyobraziła. Zachęciłem ją również, by użyła przekleństw, jakie przychodzą jej do głowy - to kolejny sposób, by druga osoba w pełni wyraziła swoją frustrację, szczególnie gdy zazwyczaj nie przeklina. Po tym przeszliśmy kolejno przez ludzi, z którymi miała niedokończone interesy, głównie z osobistościami religijnymi, jednak również z jedną grupą religijnych ludzi. W końcu poczuła ogromną ulgę, kamień, który przez tak długi czas nosiła, spadł jej z serca. Była w stanie wyrazić stwierdzenie - "Nie jestem już dłużej buddystką'. Zasugerowałem, by wyraziła zdanie o efekcie, który osiągnęła "podążam za swoją własną prawdą" (zdanie, którego już wcześniej użyła). Było to integrujące stwierdzenie - ona, posiadająca swoją własną duchowość, nie zależna dłużej od innych i będąca w stanie zdefiniować, co to dla niej znaczy. Psychoterapia ogólnie, a Gestalt w szczególności, może być użyta w bardzo efektywny sposób, by poradzić sobie z tego typu religijnymi okaleczeniami. Bez takiego terapeutycznego wsparcia, zwykle się je zakopuje, wraz z negatywnymi konsekwencjami zarówno emocjonalnymi, jak i duchowymi.
Katie powiedziała o swoim związku z jej mężem. Był bardzo bolesny przez długi czas. Nie uprawiali seksu od 10 lat. Czuła, ze jest dla niego siostrą albo bratem - "rodziną", lecz bez poczucia intymności. Był uparty jak osioł, samolubny, nieczuły i dominujący. Dzieci również się od niego udsunęły z tychże powodów. Spędziła kilka ostatnich lat pracując nad sobą, szukając szczęśliwości. Wybrali się na rodzinne wakacje. Dzieci, teraz starsze, wyszły gdzieś na noc, zostali sami we dwoje. Podszedł do niej i ją przytulił. Była zaszokowana, przerażona i bardzo spięta. Nie czuła wobec niego ciepła na fizycznym poziomie i czuła się bardzo niekomfortowo zarówno ze swoimi reakcjami, jak i jego działaniami. Kiedy wrócili do domu, zaczął się zmieniać. Porzucił swoje wojownicze podejście. Zaczął robić dla niej miłe rzeczy. Była bardzo nieufna, trzymała w sobie mnóstwo strachu. Co, jeśli to była tymczasowa zmiana? Co, jeśli znów spróbuje się do niej zbliżyć? Zauważyłem, że jeśli będzie działać powodowana strachem, to w istocie może być tymczasowa zmiana, a jej działania sprawią, że wszystko wróci do dawnego stanu. Była to konfrontacja z jej własnymi wyborami i odpowiedzialnością za utrzymanie aktualnego stanu rzeczy, sprawdzanie jej poświęcenia dla sprawy, niezależnie od tego, jak bardzo narzeka. To była głębszy temat do przyszłej pracy. W tej jednak chwili, zasugerowałem, by zastanowiła się, jak i w jakim stopniu byłoby dla niej komfortowe dać jej mężowi "nagrodę" za te zmiany. Jest to związane z zasadą dawania i brania w związku. Między małżonkami kluczowym jest, by istniała podstawowa równowaga. W tym przypadku jasnym było, że to ona więcej brała, a on więcej brał. Mimo narzekań, jakie ona może mieć odnośnie tej sytuacji, trzeba też przyznać, że sama kreowała i utrzymywała tę nierównowagę. Próbując zrobić coś nowego w ostatnim czasie, miała wpływ na systemową równowagę. Jednym z rezultatów było to, że zaczął jej dawać, zamiast tylko brać. Jednakże, takie zachowanie z jego strony może być kontynuowane wtedy, gdy spotka się ze wzajemnością, w przeciwnym razie ponownie wpadną w błędne koło, w ktorym się znajdowali. Jej rola w tym wszystkim, to dawać coś w zamian, nieważne jak małe by to było. To jednak skonfrontowało ją z jej zgorzknieniem i urazą, którą musiała przezwyciężyć, by pozwolić na rozwinięcie się czegoś nowego. Jej obawą było, że on "źle zrozumie" życzliwość z jej strony. Zwróciłem jej uwagę, że zbyt daleko wybiega w przyszłość. Skupienie musiało znajdować się na tym, co jest teraz - na tym, ile jest w stanie dać i na tym, jaki wiele chce od niego przyjąć, albo jak blisko gotowa była być z nim. Musiała mu wyjaśnić, że była w stanie postępować krok po kroku ku niemu i potrzebowała, by on poruszał się tym samym tempem. Kiedy związek tkwi zamarznięty przez długi czas, wygląda tak, jakby nie mógł się już nigdy zmienić. Jednak Teoria Pola mówi nam, że zmiana jest podstawą życia, rzeczy ciągle się zmieniają. Kiedy dotkniemy tego strumienia życia, dostrzeżemy i poczujemy, jak rzeczy szybko się zmieniają. Kwestią jest zatem, jak wiele wsparcia ludzie otrzymają, by zintegrować w sobie zmianę. W Gestalt zorientowani jesteśmy bardziej na małe zmiany, niż na wielkie i dramatyczne. Kwestią jest zawsze, w jaki sposób możemy wesprzeć kogoś zewnętrznie i wewnętrznie, kiedy można wyrazić możliwości wyboru i w jaki sposób osoba może znaleźć swój własny kompas, a nie tylko działać w odniesieniu do oczekiwań innych.
Viktor chciał lepiej zrozumieć, czym jest duchowość, miał jednak wiele niejasności. Gestalt może być używany z dowolną figurą zaintersowania i nie wymaga od terapeuty bycia jakiegoś rodzaju ekspertem od spraw duchowych, by być w stanie pomóc komuś rozjaśnić jego świadomość, czy wyjaśnić jego doświadczenie. Spytałem go więc o zarys jego poglądów - jego przekonań o duchowości - jako że jego pragnieniem było "rozumienie", które pociągało za sobą pewną treść umysłową. To pierwszy sposób, w jaki pomóc komuś wyartykułować jego własną duchowość - w pojęciach jego myślenia. Powiedział, że jest buddystą. Następnie spytałem o jego doświadczenie. To dobry początek, by zacząć z duchowością, ponieważ szybko może stać się ciężkim i ezoterycznym tematem, a doświadczenie, nawet to transcendentne, jest samo w sobie osadzające. Mówił o tym, jak spędział na duchowych praktykach godzinę każdego dnia. To drugi wyznacznik duchowości - praktyka. Spytałem, jakie w rezultacie miał doświadczenia duchowe. Vicktor powiedział, że tak naprawdę nie wie. Zauważył, że stał sie bardziej wrażliwy na innych, na ich uczucia i stany. Zauważył też, że doświadcza tego z klientami, był w stanie się do nich lepiej dostroić - ponownie zwiększenie wrażliwości. Czuł się też lepiej dostrojony do naturalnego otoczenia, w sensie jego zwiększonej wrażliwości. Wciąż jednak nie wiedział, co to znaczy i czym właściwie była duchowość. Wskazałem, że wszystkie te doświadczenia były w relacji do innych, do czegoś poza nim samym. Spytałem o to, jaki te praktyki miały wpływ na jego wewnętrzne doświadczenie. Odnotował, że uczucia spokoju. Zauważyłem, że to dobry sposóby, by odpowiedzieć na pytanie, "czym jest duchowość". Od razu to zrozumiał,nie tylko kognitywnie, ale też w swoim byciu. Doznał był duchowego doświadczenia, jednak dopiero zachęcony do wyrażenia go, pomogło my odnieść się do niego kognitywnie: zdać sobie z niego sprawę - to było jego prawdziwym pragnieniem. Jednakże to "zdanie sobie sprawy" było teraz osadzone i odniesione do jego doświadczenia, a nie do teoretycznych rozważań, których mógł nauczyć się od kogoś innego. Zachęciłem go do tego, by pamiętał to uczucie, którego doświadczył po swoich praktykach duchowych. Przypomniał je sobie, po czym poprosiłem go, by przedstawił swoje doświadczenie w teraźniejszości. To standardowa zachęta w Gestalt. Przedstawił swoje uczucie jako małą dawkę tego spokoju. Wyjaśniłem mu, że to duchowa praktyka, którą może wykonywać chwila po chwili, kultywując ten rodzaj spokoju. To mu idealnie przypasowało. Miał teraz sposób, by połączyć swoje doświadczenia, swoje koncepcje i swoje praktyki, w sposób żywy i skupiony na teraźniejszości. To rodzaj integracji, którego zwykle szukamy w Gestalt i jest szczególnie skuteczny, gdy poruszamy się w temacie duchowości.
Brenda podniosła temat autentyczności. Jednak nazwała to praktyką duchową, której chciałaby się nauczyć, niż raczej metodą psychologiczną. Nie rozumiałem do końca, w jaki sposób to rozróżnia, ale byłem szczęśliwy móc popracować nad tym, by jej w tym pomóc. Mówiła o sytuacji z klientem w pracy, wobec którego czuła, że musi być miła, nie sprzeciwiać mu się, nawet jeśli wiedziała, że jego plany nie przyniosą żadnego zysku. Spętana przez presję ze strony firmy, przez uwagi, jak powinna obchodzić się z klientami i jej własny strach przed konfrontacją i odrzuceniem spowodował, że zachowywała się nieautetycznie w stosunku do klienta. Wyglądało na to, że problemem, leżącym u podstaw jej braku autentyczności jest strach. Skoro tematem była duchowość, chciałem zaoferować jej trening na poziomie duchowym. Wyjaśniła, że uspokajała się, stosując pewien rodzaj medytacji, po czym modliła się o kierownictwo. Zachęciłem ją do eksperymentu. Ktoś z grupy zagrał klienta, zaś Brenda dostarczyła słowa. Kiedy słuchałem, co "klient" do niej powiedział, zauważyłem, że brzmiał bardzo władczo i rozkazująco - mówiąc jej, że musi robić to, czego od niej chcą. Zapytałem o jej uczucie w odniesieniu do tej agresywnej postawy. Odparła, że jest "nie fair". Wskazałe, że to myśl, a nie uczucie. Ważnym jest, by w terapii rozróżniać myśli od uczuć, a w tym przypadku, jej odpowiedź wciąż nie mówiła mi o uczuciach. Z pewną pomocą zidentyfikowała uczucie jako frustrację. Zatem figura się zmieniła. W istocie pod trudnością w byciu autentycznym znajdował się nie tylko strach, ale też jej własna agresja. To zawsze użyteczne do zidentyfikowania, jako że ludzie mają tendencję do nie indentyfikowania własnej agresji, identyfikując się za to bardziej z pozycją ofiary - w tym przypadku, jej strachem przed odrzuceniem. Zawsze więc wartościowym - z punktu widzenia Gestalt - jest zlokalizować agresję, ponieważ reprezentuje użyteczną energię działania, zmiany. Jednak w tym przypadku, wziąłem z niej przykład - nie chciała pracować z agresją na poziomie psychologicznym, lecz duchowym. To zasugerowało, by nie kierować jej na "czucie i ekspresję" złości, co byłoby normalną formułą terapeutyczną. Zamiast tego należało odkryć, jak to jest pracować z nią na poziomie duchowym. Poprosiłem ją więc, by użyła swoich duchowych praktyk, przez chwilę, by popracować nad swoją frustracją. Zrobiła to, w ciszy. Kiedy otworzyła oczy, powiedziała, że "to minęło". Uwierzyłem w to, nie potrzebowałem sprawdzać, by "mieć pewność", czy to aby nie sztuczka. Miałem swoje własne poczucie tego, że jest pewna - ekspresja jej twarzy była bardzo otwarta i we współczesnym Gestalt, ogólnie rzecz biorąc, nie chcemy "konfrontować się" z ludźmi, a zamiast tego pracować z subiektywnością ich doświadczenia. Nie dostrzegłem niczego, co przeczyłoby temu, co odnotowała, więc z radością to zaakceptowałem. Jeśli ktokolwiek angażuje się w "duchowy" proces, bazując na jakimś rodzaju "powinności", wtedy całkiem prawdopodobnie byłoby możliwe, że w istocie używają tego, by uniknąć uczuć lub spraw z nimi związanych. Jednak tutaj to nie wydawało się problemem. To prezentuje sposób używania procesu Gestalt do pracy nad probleami, które określane są jako duchowe.
Sylvia przedstawiła skomplikowany problem. Chciała stać się bardziej odpowiedzialna za sibie, jako rodzaj duchowej praktyki, jednak kiedy spotykała się z pewnymi ludźmi, odpychała ich, stwarzając dystans. Co więcej, naciskała na siebie, więc branie większej odpowiedzialności wyglądało, jak duszenie samego siebie. Spytałem, co obecnie czuje, odparła, że zamęt. W Gestalt zawsze chcemy konkretów, jako że ogólnikowe stwierdzenia nie przynoszą skupienia świadomości. Poprosiłem ją więc o konkretny przykład. Powiedziała o jej poprzednim znajomym, z którym weszła w interesy. Pojawiły się problemy i skończyło się to rozpadem współpracy, każdy poszedł własną ścieżką. Wymieniła kilka różnic, jakie ich dzieliło i frustrację z powodu jej znajomego. Moim celem, jak to zwykle bywa w Gestalt, była nie zawartosc, lecz dynamika w relacji. Wyjaśniła, że nie mówiła o tym nikomu, ponieważ powodowało to u niej presję, jako coach nie powinna mieć tego typu problemów, a poza tym nie chciała podsycać plotek. Na początek więc odpowiedziałem relacyjnym stwierdzeniem, rozpoznając jej wrażliwość na punkcie jej dzielenia się tym tematem. To ważne uznanie wsparcia. Spytałem ją, czy byłoby inaczej, gdyby wzięła na siebie więcej odpowiedzialności. Odparła, że byłaby bardziej tolerancyjna. To coś, co nazywamy pojawieniem się "nowej figury". W procesie Gestalt przywiązujemy uwagę do ważnych figur i czasem ta, z którą zaczynamy okazuje się nią nie być. Spytałem więc o tolerancję. Sylvia powiedziała - "Powinnam być tolerancyjna i nie forsować swojego zdania". W Gestalt "powinienem" jest zawsze kluczowym słowem - reprezentuje poziom nie brania odpowiedzialności (przenoszeniu motywacji na źródło zewnętrzne) i wskazuje na pewien rodzaj ogólnego impasu, który został wchłonięty. Istnieje kilka sposobów, by nad tym pracować. Po pierwsze, należy zidentyfikować źródło "powinności". Powiedziałem więc - "bardziej tolerancyjna, w stosunku do kogo?". To gruntuje widoczną niepodważalność impasu w relacjach. Sylvia określiła cztery źródła - ideały duchowej perfekcji, jej wierzenia rodzinne, zwyczaje kulturowe i jej własny pociąg do bycia lepszą, niż okoliczności, w których się wychowała. Mogliśmy pracować z każdym z tych źródeł i byłoby to dobre dla przyszłej pracy nad introjekcjami - przekonaniami, które zostały wchłonięte. Nie chciałem jednak zbaczać z drogi. Poprosiłem ją, by przedstawiła cztery źródła "powinności" jako przedmioty...które położyła przed sobą. Spytałem ją, co czuje. Powiedziała, że mroczne uczucie. Zasugerowałem, że tam, gdzie rodzi się chęć bycia tolerancyjnym, istnieje również potrzeba rozpoznania nietolerancji. To gestaltowskie podejście do biegunów. Poprosiłem ją więc,by umieściła w jednej dłoni tolerancję, a w drugiej nietolerancję, po czym powiedziała do każdego z czterech źródeł "powinności", że w istocie jest zarazem tolerancyjna, jak i nietolerancyjna. Pozwoliło jej to nazwać i posiąść złożoność jej doświadczenia, by być jednością w obliczu presji introjekcji. Następnie umieściłem przed nią przedmiot, który reprezentował jej byłego znajomego i zaczęciłem Sylvię, by powiedziała mu to samo. Ponownie, by skupić uwagę na figurze, poprosiłem ją, by była dokładna w opisywaniu jej znajomemu tego, czego nie chce tolerować. Wyraziła kilka jasnych stwierdzeń. Podzieliłem się, że odniosłem pozytywne wrażenie - że jej niechęć do tolerowania określonych zachowań jest psychologicznie zdrową reakcją. Czasem podczas terapii odpowiednim jest, by podzielić się własnym osądem, tak długo, jak jest stosowany w jasnej i określonej sytuacji. W tym wypadku, chciałem jej dać wsparcie z pozycji autorytetu, aceptując jej nietolerancję i dać jej do zrozumienia, że w istocie to forma brania odpowiedzialności. Co zatem pozostawało? Była zainteresowania praktyczną duchowością, zasugerowałem więc, że możemy teraz przyjrzeć się temu, co oznacza być duchowo tolerancyjnym, gdyż mamy zarysowane zdrowe psychologiczne granice. To, że była teraz w stanie panować nad swoją nietolerancją, uwolniło ją, dzięki czemu mogła ocenić do jakiego stopnia chce być toleracyjna lub nie - nie z poczucia powinności, lecz dlatego, że czuła szczerą potrzebę poszerzenia swoich granic. Angażując się, stworzyłem ten relacyjny proces, a nie tylko umożliwiłem. "Wykonałem" też nieco "pracy", zwracając uwagę na własną autorefleksję, a nie tylko prosząc ją, by wszystko zrobiła samodzielnie. To część procesu "ja-ty" w Gestalt. Dołączając do niej w tym miejscu, byłem w stanie zaoferować jej interpersonalne wsparcie, rozpoznać trudności w zlokalizowaniu prawdziwej duchowej zdolności tolerancji, w sposób, który był autentyczny i który angażował osobisty rozwój. Sylvia uzyskala poczucie wiedzy o tym, co zrobić, jak to zrobić i uzyskała czysty, jasny grunt do ćwiczenia tolerancji, jako duchowej praktyki, zajmując się uprzednio aspektem psychologicznym. To przykład na integrację psychoterapii i duchowości.
Louisa była zaangażowana w rozwój osobisty od ponad 10 lat. Nie przeszła pełnego profesjonalnego szkolenia, ale uczestniczyła w wielu warsztatach, prowadziła własne badania i poświęciła się własnemu rozwojowi. Przez jej przyjaciół postrzegana była jako bardzo silna kobieta. Gdy ją poznałem, zgodziłem się z tym - mogłem w niej dostrzec głęboką siłę. Oczywiście wiedziała to o sobie, mimo tego była skupiona na tym, czego musi się jeszcze nauczyć, na jej słabych punktach i na miejscach, w których uważała, że mogłaby być lepsza. Zasugerowałem jej - czemu nie uczy innych, jak odnaleźć siłę, którą posiada. Louisa powiedziała, że nie jest zewnętrzenie gotowa - nie zarabiała zbyt wielu pieniędzy na tym, co robi. Wskazałem, że to jej wewnętrzny sukces się liczy - nieważne, co się wydarzy, nie pozwoli się zniechęcić, nie podda się. Nosiła w sobie tę wewnętrzną siłę i to, że nie udało jej się jej obrócić w zarabianie mnóstwa pieniędzy, nic nie znaczy, poza kilkoma bardzo powierzchownymi sprawami. Potem powiedziała, że nie wie, jak uczyć innych tego, czego się dowiedziała - dla niej to było naturalne. Przeprowadziłem ją przez proces świadomości, cofając się w nią samą i obserwując, co zrobiła w różnych sytuacjach, by uzyskać dostęp do jej siły. Powiedziała o jej rozmowach ze sobą, jej nastawieniu, spytałem również, co robi na jej poziomie somatycznym. Wskazałem, że ten rodzaj autorefleksji stanowi bazę do tego, by być stanie uczyć innych tego, co wie. Zasady Gestalt bazują na dawaniu wsparcia - przedstawianiu klientowie tego, jak ich doświadczam. Może to być "pozytywne", jak i "negatywne", nie ma to jednak znaczenia. Rzecz w tym, jak ja ich doświadczam i jaki to ma na mnie wpływ. Ten rodzaj wsparcia jest dla niektórych bardzo cenny - być naprawdę dostrzeżonym. To utwierdzające, uznające, zapewnia solidny grunt pod terapeutyczną rozmowę. Pomaga to również zidentyfikować ich unikalny styl bycia w świecie - coś, co dają z siebie w relacjach z innymi, a co za tym idzie - w ich pracy. Po drugie, pomogłem jej przejść proces uświadomienia, by mogła zdekonstruować swoje wewnętrzne działania. To bardzo użyteczne w wielu sytuacjach - to pytanie o to, "jak" chcemy tego, czego chcemy. Zdając sobie z tego sprawę, pojawia się więcej możliwości wyboru - w tym wypadku, umiejętność uczenia innych. Po trzecie, jako terapeuci, możemy przeprowadzić swój własny proces dekonstrukcji świadomości, pozwalając opisać klientom to, co wiemy i co rozumiemy. To niezbędne dla naszej autorefleksji i otrzymywania pozytywnego wsparcia.
Terry cierpiał stratę. Był w związku z Dianne przez kilka lat. Bardzo się kochali. Oboje byli zainteresowani życiem wewnętrznym, łączyła ich silna więź. Jednak Dianne była pogrążona w depresji. Przyjmowała różne leki. Próbowała kilku terapii, jednak nie pomogły zbyt wiele. Prowadziła wymagającą karierę, która sprawiała, że jest ciągle zajęta i zestresowana. Wspólnie starali się jakoś sobie radzić (ona wiele podróżowała, nie mieszkali razem). Zawsze wypracowywali jakieś rozwiązanie, było to jednak dość wyczerpujące. Dianne była niezwykle krytyczna, podczas gdy Terry był bezproblemowy. Dianne od czasu do czasu z nim zrywała, jednak po pewnym czasie znów się z nim kontaktowała, mówiąc, że bardzo za nim tęskni. Terry był całkiem cierpliwy, bardzo starał się, żeby im się udało, jednak był już na skraju wytrzymałości. Znajdował to za raczej stresujące, niż odżywcze i wygladało na to, że ich dwójka nie potrafi znaleźć drogi, by ich bycie razem było dla nich zdrowe. Wyjaśniłem Terremu, że w istocie chodzi tylko o to, że Dianne ma depresję. Depresja znajdowala się "w związku" i, w tym sensie, on sam również był w niej pogrążony. Być może nie posiadał jej jednostronnego myślenia (które zwykle towarzyszy depresji), ale, z systemowego punktu widzenia, w jakiś sposób utknął w depresyjnym polu. Jaka była jego rola? Być pomocnym, dawać wskazówki, próbować znaleźć rozwiązania, próbować rozmawiać o rzeczach racjonalnie. Wszystko to było nieszkodliwe, co innego mógł zrobić? Jednak w kategoriach systemowych, oboje ludzi współtworzy pole. To, co było jasne, to to, co wnosi Dianne. Niejasnym jest za to, co wnosi Terry. Jego bezradność czy choćby cierpliwość stała się częścią problemu. Zatem rozwiązaniem dla niego jest znaleźć sposób, by wyjść z tego współtworzonego systemu - określając swoje granice, wyrażając je w sposób niereaktywny, być proaktywnym w odmowie próśb o ratunek i przestać być tak pomocnym. To wielka prośba, dodała mu jednak energii, jako że zamiast być zależnym od zmiany Dianne - co się nie działo - mógł pracować nad sobą samym. Mówiliśmy o tym, kiedy mógł zaprzęgnąć do działania poczucie humoru. Dynamika między zmieniła się zupełnie. Zbadaliśmy, jak bardzo sam potrzebował wsparcia, znalezenia sposóbu na odszukanie jego własnego centrum i szczęśliwości, by nie dać się wciągnąć w negatywizm. Ćwiczyliśmy sposoby nad powstrzymaniem się od być zbyt pomocnym, a zamiast tego umieć wyznaczać granice - rozpoznawać własne potrzeby, określić limit tego, ile samemu jest w stanie znieść. Terry poczuł się znacznie silniejszy, trzeźwiej myślący, mógł dostrzec nad czym może pracować. Cokolwiek stało się w jego związku, była to dla niego pouczająca lekcja.
Zac mówił o uczuciu depersonalizacji. Jako dziecko myślał, że jego matka wkrótce umrze (mimo, że tak nie było). Mówił o śmierci babci. Modlił się do Boga jako dziecko... jednak nic to nie dało - babcia zmarła. W rezultacie przestał ufać religii - wyglądało na to, że Bóg robi rzeczy dokładnie odwrotne od tych, o które prosi. Jednak z jakiegoś powodu biblijna historia, o której się dowiedział, pozostawała z nim - o kimś, kto się modlił, podczas czego odwiedził go Szatan, by go kusić. Utożsamiał więc strach z modlitwą. Powiedział, że wierzy w naukę, nie w Boga. Uważał siebie za nihilistę. To, co utożsamiał z religią, duchowością, było systemem wierzeń, który do niego nie trafiał, a praktyka (modlitwa) wydawała mu się bezcelowa. Wskazałem, że duchowość posiada trzy kluczowe elementy: może dostarczyć inspiracji i wskazać kierunek, może pomóc ludziom znaleźć miejsce dla transcendencji w ich życiu oraz zapewnia praktyki, które mogą przynieść poszerzenie horyzontu i radość. Żadna z tych rzeczy nie kontytuowała jego doświadczenia religii. Wskazałem więc, że istnieją takie formy duchowości, jak Zen, który nie wymaga posiadania systemu wierzeń, wliczając w to wiary w Boga. Element depersonalizacji miał oczywisty wymiar psychologiczny. Poprosiłem więc Zaka, by zwrócił uwagę na swoje ciało. Zgłosił, że czuje "nic". Poprosiłem go, by "był niczym". Zawsze poruszamy się wraz z "oporem" w Gestalt i staramy się przyjąć doświadczenie, niezależnie jakie ono jest. Poprosiłem "nic", by pomówiło z Zakiem. "Nic" powiedziało mu, że nie ma celu w życiu, może przestać mieć nadzieje. W życiu chodzi tylko o przyziemne doświadczenia, potem się umiera. Ta pewność brzmiała, jak nihilistyczna filozofia, której Zac był wyznawcą. Spytałem Zaka, jak się czuje. "Pusto". Ponownie więc pozostaliśmy z pustką przez pewien czas; Poprosiłem go, by był w kontakcie ze swoim oddechem, ja zaś pozostawałem z nim w milczeniu. To coś, co nazywamy "kreatywną próżnią". To nic, czego należy się obawiać lub przegadać, trzeba spokojnie siedzieć z drugą osobą, pozwolić wyłonić się rzeczom w ich własnym czasie. Po pewnym czasie, Zac przyznał, że czuje ciepło w swoim ciele. Gdy brał wdech, zaczęło przenikać go uczucie radości. To byłe nienazwana radość, nie związana z niczym w szczególność. Wraz z tym, jak przy niej trwał, zaczęła wzrastać; oddychał ciężko i głęboko. Trwało to dłuższą chwilę. Nie było nazwy, by określić to doświadczenie. Było to po prostu doświadczenie jego własnego bytu. Jego nihilizm nie był tylko dystansowaniem się od wiary, jako czegoś pośledniego, był również odcinaniem się od swojej własnej egzystencji. Kiedy pozwolił sobie na to doświadczenia samoobjęcia, pojawił się w nim głębszy sens istnienia. To egzystencjalne podejście w szukaniu znaczenia - pozwolenie doświadczeniu dostarczenia sensu, niż raczej próby zakrycia go poprzez wyjaśnianie i projekcje.
Joanne jako nastolatka doświadczyła bardzo głębokiego i znaczącego przeżycia duchowego. Było ekstatyczne. To rezultat jej zainteresowań duchowością z dzieciństwa. Jej rodzice byli religijni. Jednak nie radzili sobie z tym zbyt dobrze. Jej matka się bała - prawdopodobnie tego, że Joanne może zwariować. Joanne poszła do ich księdza, jednak on powiedział jej, że będzie musiała brać leki przez całe swoje życie i że coś jest z nią nie tak - potwierdzając przekaz, że jest szalona. Nawet bliska ciotka, która początkowo wspierała jej zainteresowanie duchowością, nie miała nic do powiedzenia. Jej ówczesną reakcją na tę sytuację było rzucenie się w życie zewnętrzene, w świat i zdysansowanie się od wszystkiego, co duchowe. To jednak wydawało się dla niej niezwykle puste. Zasugerowałem więc, by posadziła "Boga na krześle" i odbyła z nim bezpośrednią rozmowę. Powiedziała, że tak właściwie powinny być dwa krzesła - jedno dla jej pierwszego spotkania z Bogiem ("jak z pierwszym chłopakiem"), a drugiej dla jej obecnej relacji z Bogiem. Tak też zrobiliśmy. Rozmowa potoczyła się tak, jak gdyby rozmowa odbywała się między dwojgiem kochanków, między którymi jest jakaś niedokończona sprawa! Sprawdziłem z nią wiele kwestii - jak się czuła, kiedy angażowała się w te rozmowy. Był to bardzo delikatny grunt i tak naprawdę nie powiedziała nic więcej na temat bycia "zdradzoną" przez Boga. Był to również bardzo drażliwy tamat, jako że jej poprzednie próby rozmowy o tym, kończyły się na tym, że została okrzyknięta "szaloną". Upewniłem się więc, że daję jej osobiste wsparcie, zachętę i zadeklarowałem jedynie pozytywne osądy. Upewniłem się również, że posiada wsparcie ze strony grupy, by wiedziała, na czym stoi i to było jej wsparciem. Nigdy nie wiadomo, czy to wystarcza, dlatego ważnym jest, by zapewniać takie wsparcie w miejscu, w którym może pojawiać się wstyd. To przykład na to, jak proces Gestalt może być zastosowany wobec traum, odnoszących się do sfery duchowej. To, jaka jest relacja z Bogiem, w pewnym sensie, przekłada się na to, jakie są relacje z innymi, co moe być zbawienne da terapeutycznych procesów, których używamy wobec innych relacji.
Martin miał wyraziste pojęcie uczciwości. Kontekstem była sytuacja, w której jeden z jego rodziców poprosił go o wielką przysługę, w zamian oferując jedynie krytykę. To wyznaczyło ton naszej interakcji. Jeśli zrobię cokolwiek podczas terapii bez bycia tego świadomym, on natychmiast to dostrzeże i zwróci mi uwagę. Zawsze z radością zwracałem uwagę na jego krytycyzm i jego troski. Przyjmowałem ich słuszność jego uwag i wyrażając to bezpośrednio. W Gestalt, jako terapii opartej na dialogu, kluczowym jest panowanie nad miejscami, w których działamy bez użycia świadomości. Tyczy się to również terapeutów. Większość klientów tego nie dostrzega, jednak część z nich jest na to bardzo wyczulona. To w istocie bardzo pozytywnie działa na terapię. Jednak znaczy to, że jako terapeuta muszę chcieć być nie-defensywnym, szukać ziaren prawdy w zmartwieniach klientów, ich lękach i oskarżeniach. To nie tylko rozładowuje sytuację, zapewnia też uzdrawiające doświadczenie dla samego klienta. I jako terapeuta, uczę się też tego, w których miejscach moja świadomość się wyłącza - konfrontuję się z tym. To również okazja, by dostrzec mój własny interes i to, gdzie i jak mogę to ukryć pod przykrywką "pomocy". I tu mała rzecz do odnotowania - ton mojego głosu, to jak szybko mówię, to, na czym się skupiam. Z klientami takimi, jak Martin ważnym jest, by być świadomym zarówno swojej dynamiki, jak i jego. Terapeucie łatwo jest skupiać się na klientach, to, co robią, na ich procesie. Trudniej jest jednak skupić się na sobie. A jeszcze trudniej, gdy to klient jest świadomy mojego procesu, a ja nie. To potencjalnie powód do wstydu, jednak ja wykraczam poza to, prezentując postawę otwartą na wszelką krytykę, zawsze jestem gotów szukać w niej prawdy i ją zaakceptować.
Mogłem dostrzec, że Lizzie była nieco spięta, lecz nie wiedziałem, o co chodzi. Wydawała się być na krawędzi, myślałem, że może chodzi o złość. Mówiła o tym, jak gdy była nastolatką, kłóciła się z ojcem nad ówcześnie pojawiającym się problemem - duchowości. Ze strony obojga rodziców doświadczyła braku wsparcia w jej zainteresowaniach. Matka podważała jej zdanie, zaś ojciec się jej sprzeciwiał i wyśmiewał jej pragnienie, by rozumieć więcej. Podczas, gdy ci, którzy wychowali się w religijnym otoczeniu mogą mieć problemy, ponieważ wiara była im wepchnięta do gardła, tak ci drudzy, jak Lizzie, mogą doświadczać sprzeciwu ze strony ich ateistycznych rodziców w zainteresowaniach religią i duchowością. Lizzie była teraz po trzydziestce, jednak wciąż czuła się tym dotknięta. Jej poszukiwnia ciągnęły się przez jej życie, jednak nie było to coś, o czym rozmawiała z innymi, trzymała to dla siebie. To było zrozumiałe, biorąc pod uwagę przeżycia, których doświadczyła. Jednak izolowało ją to, nie otrzymywała wsparcia, nie mogła porozmawiać z nikim na ten temat. Teraz mogłem lepiej zrozumieć jej drażliwość, gdy poruszałem z nią ten temat - spodziewała się negatywnego zdania i krytycyzmu, a nie wsparcia. To było zrozumiałe. Pierwszą więc rzeczą, jaką zrobiłem, to wyrażenie wprost swojego wsparcia Był to temat, który mnie interesował, byłem do niego pozytywnie nastawiony, chciałem się przed nią otworzyć. Powiedziałem o swojej energii dla tego tematu i mojej chęci przeprowadzenia rozmowy. Wskazałem również na naturę otoczenia, w jakim się znajdowaliśmy - grupa ludzi, która również była zainteresowana tematem i która była otwarta na dialog. Zastrzegłem, by podczas rozmowy nikt nie używał obelg, gdy ktoś wyraża swoją opinię. Było to ważne, ustanawiając grunt pod bezpieczeństwo, by zacząć ten temat z Lizzie i upewnić ją, że te okoliczności są zupełnie inne od tych, do których była przyzwyczajona. Byłem bardzo świadomy ryzyka, jakie to za sobą niesie. Powiedziała, że odczuwa ulgę, jednak wciąż jest spięta. Moje słowa były bardzo dobre, jednak ona nigdy nie doświadczyła tego typu wsparcia. Zaproponowałem więc eksperyment - zachęciłem ją, by wyraziła kilka z jej przekonań, a ja zbadam je z nią. Wybrała więc jedno - jej przekonanie, że ludzie nie rodzą się złymi, lecz raczej się gubią, są nieświadomi. Podzieliłem się, że zgadzam się z tym przekonaniem - okazałem jej wsparcie i zasygnalizowałem, że jestem otwarty i słucham. Wyrażenie tego bezpośrednio jest bardzo ważne. Zadałem jej kilka pytań, by wyciągniąc więcej szczegółów, a ona wydawała się bardzo cieszyć, że może podzielić się swoimi przemyśleniami i tym, że może zostać wysłuchana. Połączyłem jej pomysły z tymi niektórych autorów - np. Mathew Foxa (Original Blessing), by wskazać, że są też inni w tej dziedzinie, którzy podzielają jej punkt widzenia i do kogo może zwrócić się po wsparcie, pogłębić swoje przemyślenia. Potem spytałem ją, czy chciałaby usłyszeć jakieś przeciwstawne poglądy. Zgodziła się. To był kolejny krok - wesprzeć ją, by trzymała się swojego zdania w obliczu sprzeciwu. Przedstawiłem więc jeden pogląd - ten o egzystencjalnej odpowiedzialności - o konsekwencjach naszych działań, niezależnie od naszych intencji, stopnia świadomości czy stanu umysłu. Delikatnie poszerzyłem jej myślenie, zapewniając wymagające przemyślenia poglądy, a potem angażując sie w rozmowę odnośnie jej odpowiedzi. To była bogata rozmowa, posuwałem się bardzo ostrożnie, by mogła doświadczyć rozmowy w inny sposób, bez wpadania w złość czy przekorność. Pomogło jej to rozważyć inne punkty widzenia, zapewniło jej to doświadczenie pomyślnego napotykania problemów. Miała teraz podstawy do tego, by być w stanie prowadzić poważny dialog z innymi. W Gestalt zawsze szukamy właściwej równowagi między wyzwaniem a wsparciem, zapewniając klientowi nowe i transformujące doświadczenie poprzez eksperyment - pracując na granicy jego komfortu, dzięki czemu pojawia się rozwój, jednak w tempie, które z łatwością mogą przyjąć.
These case examples are for therapists, students and those working in the helping professions. The purpose is to show how the Gestalt approach works in practice, linking theory with clinical challenges.
Because this is aimed at a professional audience, the blog is available by subscription. Please enter your email address to receive free blog updates every time a new entry is added.
If you are interested in following my travels/adventures in the course of my teaching work around the world, feel free to follow my Facebook Page!
Can you translate into Polish? I am looking for volunteers who would like to continue to make this translation available. Please contact me if you would like to contribute.
Interested in Gestalt Therapy training?
Contact us!
This Gestalt therapy blog is translated into multiple languages. You are welcome to subscribe