|
 Brian i Melanie odbyli dialog podczas pracy grupowej. Brian mówił o tym, jak ważnym jest dla niego zaufanie i o tym, jak długo zajęło mu otworzenie się. Musiał mieć najpierw poczucie zaufania z drugiej strony. Melanie spytała go, co dokładnie rozumie przez zaufanie. Brian starał się wyjaśnić - obserwował ludzi, ich zachowanie i po tym decydował, czy komunikowanie się z nimi odbywało się w sposób, który sprawiał, że dobrze się czuł. Melanie nie była do końca usatysfakcjonowana jego wypowiedzią. Powiedziała, że nie czuje się z nim komfortowo - nie lubiła być obserwowaną w ten sposób, i dalej, nie była przekonana, co by się stało, gdyby nieświadomie go czymś uraziła. Brian powiedział, że chodzi tu o poczucie bezpieczeństwa - było to dla niego ważne i w ten sposób dbał o siebie. Melanie powiedziała - "nie jestem pewna, czy czuję się przy tobie bezpiecznie". Brian powtórzył o tym, jak ważnym jest dla niego poczucie bezpieczeństwa, by móc się otworzyć przed grupą. Wkroczyłem i spytałem go, czy usłyszał zdanie Melanie. Przytaknął, jednak powtórzył jego stanowisko odnośnie bezpieczeństwa. Przycisnąłem nieco temat - tak, to zrozumiałe, jednak czy zdaje sobie sprawę z tego, że może to być niebezpieczne dla innych? Brian pokręcił przecząco głową. Spróbowałem dać kilka przykładów, z mojego doświadczenia z nim. Wskazałem, że nawet jeśli uważam, że fajnie, gdy jest w pobliżu, to wyobrażam sobie, że jeśli - jak powiedziała Melanie - powiedziałbym nieświadomie coś, co by mu się nie spodobało, to mógłby "podkulić ogon i uciec" - odciąć się, być milczący lub się wycofać. Brian zgodził się, że mogłoby się tak stać - czasem to robił - jednak znowu, wrócił do stwierdzenia, że zrobiłby tak tylko wtedy, gdyby poczuł się niepewny. Spędziłem nieco czasu, starając się wytłumaczyć mu, że istnieje taka możliwość, że w ostocie to inni mogą czuć się niepewnie w stosunku do niego. Brian nie mógł tego zrozumieć, więc przestałem. Dotarliśmy do krańca jego świadomości, do limitu jego chęci i zdolności do przekroczenia tej granicy. Co jest tutaj ważne, to fakt, że tak łatwo potrafimy dostrzec agresję innych, ich poczucie niepewności, jednak trudno jest dostrzec naszą własną. W ten sposób wiele osób zajmuje pozycję ofiary - zawsze znajdzie się "dobry" powód, patrząc na to, co inni zrobili. Tym, co jest naprawdę trudne, to wzięcie pełnej odpowiedzialności, co oznacza dostrzeżenie tego, co dana osoba powoduje swoimi działaniami, wliczając w to sprawianie, że inni ludzie czują się niepewni. By to osiągnąc, trzeba posiadać coś, co nazywam "Niecnotami" ( http://unvirtues.com). Znaczy to, by dostrzegać nie tylko swoje dobre intencje, ale także części swej osobowości i zachowania, które są poza naszą świadomością, a które mogą być nie do końca cnotliwe. Działać tak, znaczy wyrażać chęć do dostrzeżenia faktu, iż jesteśmy zbudowani z wielu "jaźni", których część inni mogą znajdować za trudne. Ludzie mogą być w stanie robić to w teorii, jednak w praktyce, w konfrontacji z perspektywą lub dościwadczeniem drugiej osoby - jak w tym przypadku - może się to okazać bardzo trudne. W Gestalt mówimy o biegunach - częściach "ja". Jedna z nich znajduje się poza świadomością, a nasze poszukiwania mają na celu jej odkrycie i dzięki temu przeniesienie jej w pełni do relacji. To trudna podróż, która wymaga chęci, gotowości i wsparcia.
 Tad, młody mężczyzna, opisał, jak został wysłany do szkoły z internatem, gdy miał 7-14 lat. Każdego roku widywał rodziców jedynie przez 2 miesiące w roku podczas wakacji, a część z tego czasu, jego ojciec poświęcał pracy. Mówił więc o braku emocjonalnej więzi z jego ojcem i jego poczuciu samotności. Wspomniał też o innych rzeczach, jak np. strachu przed ciemnością. Spytałem go o to, jak postrzega swoją samotność - zarówno ją lubił, jak i nie - z jednej strony miał poczucie, że robi to, czego pragnie, ale z drugiej czuł bolesność sytuacji, w jakiej się przez to znajdował. Spytałem o jego życie duchowe, jako że to mogło być znaczącym źródłem informacji. Praktykował Vipassanę (buddyjska technika medytacyjna - przyp. tłum.), miał swoją filozofię, lecz nic nie wskazywało na jego silną wiarę, więc zgłębianie tego tematu na nic mi się tu nie przyda. W przeciwnym razie skłoniłbym go do tego, by był z nią w bliskim kontakcie. Spytałem go, w jaki sposób doświadcza mnie jako "figury ojca". Powiedział, że czuje się ze mną bardzo konfortowo, że jest wspierany i jest w stanie jasno się wypowiadać, wliczając w to poziom emocjonalny. Pomimo, że można się było tego spodziewać, często ważnym jest, by przekładać takie doświadczenia na słowa, jako że intensyfikuje i niejako zatwierdza to doświadczenie. Wskazałem, że najprawdopodobniej niedługo pociągnie za sobą w związek tę jego "potrzebę samotności" i obciąży tym swoją partnerkę. Zachęciłem go więc, by sprawdził, jak wiele z tego czuje ze mną. Potem poprosiłem go, by przeszedł wokół grupy, patrząc na każdego z uczestników, sprawdzając jak jego samotność wpływa na innych. Był to ważne dla niego ważne, jako droga do bycia bardziej świadomym tego, w jaki sposób postrzegany jest przez innych oraz to, jaki wpływ mają jego emocje na innych. Spytałem go, czego ode mnie oczekuje, powiedział, że tego, by każdy wiedział o jego samotności. Wskazałem, że już wiele mi o tym powiedział, więc zamiast pytać go więcej o jego doświadczenie, powiem mu nieco o mnie w tej sytuacji. Podzieliłem się kilkoma doświadczeniami bycia odizolowanym od rodziców, kiedy byłem młody, a potem o doświadczeniu braku wsparcia ze strony ojca. Zrobiłem to zarówno, by wytworzyć więź z Tadem, by móc dzielić wspólne doświadczenia, ale również dlatego, by pokazać mu, jak rozumiem i jak poradziłem sobie z takimi uczuciami. Jakość kontaktu między nami była głęboka i stabilna. Zawsze spoglądamy na "tu i teraz, ty i ja" w procesie Gestalt. Znaczy to, że należy zarysować temat i przenieść go do teraźniejszości, niż rozważać go jak ogólny problem. A później, jeśli to tylko możliwe, badać (eksperymentować) z tym, zarówno w grupie, jak i z terapeutą. Kontynuowanie pracy w tym przypadku może wiązać się z poruszeniem problemu uczucia samotności, a potem skontrastowania go z doświadczeniem bycia z innym. Jednak równie ważnym jest doświadczenie kontaktu, tak, by mógł czuć, że ktoś go zna, jak również to, że to on zna mnie i to, gdzie znajduję się w relacji z nim.
 Tom powiedział mi, że chce, bym mu pomógł "otworzyć jego umysł" odnośnie trudnej sprawy. Mówił o wadze zaufania i o tym, że czuje, że może mi zaufać. Na początku zwróciłem uwagę, że poza częścią jego, która chce się otworzyć, istnieje prawdopodobnie część, która chce pozostać zamknięta. Powiedziałem do siebie w milczeniu również to, że mówi on raczej kierując się umysłem, niż uczuciami. Pokazało mi to, że badanie jego uczuć muszą odbywać się w sposób ostrożny. Zapytałem go również o to, co dla niego znaczy zaufanie. Zaufanie jest ważną rzeczą w psychoterapii, jest to jednak zwykle iluzja oparta na projekcji. Chodzi o "zaufanie" osoby, jej oczekiwania, jej wyobrażenie o tym, kim jest terapeuta i - do pewnego stopnia - o właściwe doświadczenie. Ważnym jednak jest, by nie brać takich stwierdzeń za pewnik. W kilku miejscach wspomniał, że był ostatnio zdradzony, były to jednak przykłady z pracy, zapytałem go więc, co rozumie przez zaufanie między nim a mną - w Gestalt zawsze sprowadzamy rzeczy do "tu i teraz", "ja i ty". Powiedział "że wiem, jakie masz zamiary". To znaczy, co kieruje mną podczas pracy z nim. Wymieniłem więc kilka "zamiarów", wliczając chęc służenia, bycia efektywnym, pomoc w dokończeniu nierozwiązanych spraw, mieć frajdę, zarobić na swoją pensję itp. To ukazało moje motywacje, dzięki czemu wiedział więcej o tym, kim jestem i dlaczego to robię. Wystarczyło mu to, by kontynuować. Spytałem, jaki był problem - jego była żona. Jak tylko o tym wspomniał, przeszyła go gonitwa uczuć. Zwróciłem mu na to uwagę, jednak nie powiedział niczego więcej. Opisał sytuację. Mieli syna. Próbował wybrać dla nich odpowiednie miasto do życia, jednak ona nigdy nie zgadzała się z jego decyzjami, sama zaś nigdy niczego nie zaproponowała. W końcu poczuł się niezwykle sfrustrowany i skonfrontował się z nią - "jeśli mamy żyć wspólnie, musimy wiedzieć, gdzie. Tutaj masz kilka opcji do wyboru, jestem gotów wspólnie z tobą wybrać". Jej odpowiedzią było milczenie, a on nigdy nie zdołał dojść z nią do porozumienia, czy dojść do jakiegokolwiek kompromisu. Potem przeszli separację, a w końcu się rozwiedli, ona nie chciała o niczym rozmawiać, ani nie chciała opiekować się dzieckiem. Został więc samotnym rodzicem, ona kilka razy w roku odwiedziła swoją córkę, która miała 13 lat. Miała przyjechać w ten weekend, wspomniał, że dziewczynka nie chce jej widzieć. Kiedy o tym mówił, emocje napłynęły do jego oczu, jednak za każdym razem, gdy pytałem go o jego doświadczenie, mówił "czuję się spokojny". Wskazałem, że wyjście z tej bardzo trudnej sytuacji będzie wymagało od niego zmierzenie się z jego "niedokończoną sprawą", wliczając w to jego uczucia. Nadal nie miał nic do powiedzenia. Zapewniłem mu więc wsparcie, wymieniając listę rzeczy, które może czuć - smutek, żal, złość, frustrację. Kiwnął głową, szczególnie przy frustracji. Poprosiłem go, by zlokalizował to w jego ciele. Wskazał na brzuch. Jednak kiedy go poprosiłem, by pozostał z tym uczuciem, stwierdził, że znów jest spokojny. Ponownie więc poprosiłem go, by skupił się na swoim brzuchu i dokładnie zlokalizował, gdzie znajdowała się jego frustracja. Powiedział, że jest jej trochę tu, ale tu istnieje granica - i wskazał na dolną część jego żeber - powyżej jest spokój. Wyjaśniłem, że to jest "bariera spokoju" i jest tym, co w Gestalt nazywamy "kreatywnym dopasowaniem". To sposób na radzenie sobie z bardzo trudnymi sytuacjami, by nie zostać przez nie przytłoczonymi. Takie mechanizmy są czasem przydatne, jednak zazwyczaj stają się osadzonymi nawykami, które nie są dłużej użyteczne. To gestaltowskie przeformułowanie "oporu", w który nie wierzymy. Takie dopasowania są użyteczne i konieczne, jednak wymagają większego udziału świadomości i zdolności wyboru. Wyjaśniłem mu więc - to było użyteczne, jednak musimy znaleźć inny sposób na radzenie sobie z emocjami, w przeciwnym razie pozostaną niedokończone. Musiałem wspomnieć o jego uczestnictwie i motywacji - "powód", który nadmienił wcześniej. Zgodził się, ale mogłem dostrzec, że potrzebuje wsparcia. Byłem więc empatyczny względem niego, dzieląc się tym, że zdaję sobie sprawę, jak strasznym musiało być jego doświadczenie - dla jego szczerych chęci być pozostać ze mną w relacji, które spotykają się z biernym oporem. Opowiedziałem historię, która nadała temu dramatyzmu i powiedziałem, że potrafię zrozumieć wszystkie rodzaje silnych emocji, które mogą towarzyszyć temu doświadczeniu. Zwróciłem mu też uwagę na to, że sam będzie musiał nad tym pracować, ponieważ jego była żona w niczym tu nie pomoże. Powiedział - "tak, muszę po prostu zaakceptować to, że nigdy nie będę wiedział dlaczego". Powiedziałem, że to prawda, jednak będzie musiał uporać się z uczuciami, jako że nie jego "bariera spokoju" nie dawała sobie z nimi rady, a narastały w osobie jego córki jako złość przeciw jej matce. Była to systemowa obserwacja. Po zapewnieniu mu tych wszystkich motywacji, poprosiłem go, by ponownie przeszedł do uczuć w jego brzuchu - opisał je teraz jako gniew. Poprosiłem go o metaforę tych uczuć - powiedział "pierożek". Poprosiłem go by "był" tym pierożkiem. Opisał wygląd zewnętrzny, z dziurkami i nadzienie. W środku nadzieniem było "coś czarnego". Był to jądro jego uczuć. Poprosiłem go, by "był" tym "czymś czarnym". Powiedział, że fragment tego tkwił w jego sercu. Poprosiłem go po tym, by naprawdę był z tym czarnym fragmentem. Jego emocje narosły. Powiedział - "ale tutaj ona nigdy nie wysłucha moich uczuć". Odpowiedziałem - "nie, ale jestem tu teraz z tobą". Siedzieliśmy tak kilka chwil, w kontakcie, naprawdę widziałem złość w jego oczach, chciał mi ją pokazać. Po czym powiedział "znów jestem spokojny". Było to jego kreatywne dopasowanie - zbyt wiele emocji do zniesienia, ale również mały krok w kierunku integracji jego złości. Było dla mnie jasnym, że ów proces musi zostać powtórzony wiele razy, by móc powoli pracować nad jego złością. Ważnym jest, by dać klientom realistyczną wizję tego, co może zostać osiągnięte. Wykonaliśmy wiele pracy, ale wiele jeszcze przed nami.
 Anne była młodą kobietą, która potrafiła mówić z pasją. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy miała 10 lat. Opisała, jak jej matka była towarzyska i dramatyczna, podczas gdy jej ojciec wydawał się bardziej cichy. Jednak wewnętrznie mówiła, że jest "zakręcony", gdyż wydawał się być wspierający, jednak w istocie najczęściej chodziło o jego potrzeby i własny interes, wyrażany pośrednio. Opisała kilka sytuacji, w których straciła szacunek dla jej ojca przez jego styl komunikowania się oraz wyraziła swoje stałe nim rozczarowanie. Czuła się poniekąd lepsza od niego, ponieważ potrafiła ujawnić jego niebezpośredniość i manipulatywność, a on nie potrafił ukryć jego zakamuflowanych planów. Zwróciło to moją uwagę na dynamikę między nami. Wskazałem, że też jestem mężczyzną, prawdopodobnie w wieku jej ojca i przez to jestem zainteresowany, jak ona mnie doświadcza. Jej doświadczenie było pozytywne; wskazałem więc na kilka pośredniej komunikacji, jakiej ja używam. Po zrobieniu tego, powiedziała, że nie jestem już dłużej na piedestale, a raczej na pewnym poziomie. To był dobry początek. Ważnym jednak było, by przejść bezpośrednio do samej interpersonalnej dynamiki. Powiedziałem jej więc kilka moich uwag odnośnie jej sposobu komunikowania się, z punktu widzenia nie mojego krytycyzmu, a z punktu krytyki samego siebie w odniesieniu do niej. Zadawała wiele pytań, doceniałem jej energię i dociekliwość, z drugiej jednak strony czułem się nieco sfrustrowany faktem, że jest tak przytłaczająca. Przedstawiając jej zatem perspektywę samego siebie, dałem jej wgląd w moją własną pośredniość - zwykle nie wyrażoną i najprawdopodobniej niewidoczną dla niej. Wymagało to ode mnie chęci, by odłosnić swoje ego. Powiedziałem do niej "daję Ci tu amunicję". Spytałem jak się czuje w relacji do mnie. Było to połączenie uczucia ulgi, spowodowanego moją szczerością, jak również poczucie swego rodzaju wyższości. Było to ważne, jako że pogłębiło kontakt między nami. Tego rodzaju autentyczność pozwala nam na dotarcie do samego sedna relacyjnej dynamiki, tu i teraz. Podczas gdy rozmawialiśmy, zauważyłem, że ciągle zbacza z tematu i w jej energicznym stylu, przeskakuje z tematu na temat. Powiedziałem jej, że poczułem się w pewnym momencie zagubiona, na co ona odparła, że słyszy to od wielu osób. Wiele osiągneliśmy podczas tej sesji - niczego nie rozwiązaliśmy, ale wyróżniliśmy kilka głębszych aspektów jej doświadczenia w relacjach z innymi. Zauważyłem, że gdybym podążał za nią, moglibysmy z łatwością zboczyć na inne tematy... Doświadczyłem tego, jako nieosadzony ruch, ponieważ nie pozostawał on przy jasnym problemie. Zacieśniłem więc granice. Ważnym jest, by nie poruszać zbyt wielu kwestii podczas sesji, w istocie lepiej jest, by wybrać jedną, przejść przez powstający Gestalt, a potem zamknąć temat, pozwalając osobie przetrawić problem. Ludzie zwykle chcą "więcej" zanim naprawdę przyjmą to, co zostało odkryte, więc będąc terapeutą ważnym jest, by trzymać wodze, wyznaczać limit i zostawiać ich z tym, co zostało osiągnięte, niż przechodzić do następnego tematu. Stworzyliśmy wiele materiału na kolejne sesje, zbudowaliśmy bazę, na której można działać. Wiele rodzajów terapii polega na zbudowaniu bazy i w wielu przypadków to sama baza posiada najwięcej wartości, więcej niż poszczególne tematy czy działania. W obliczu jej problemów z zachowaniem jasnego obrazu problemu, przeszedłem do dialogu, zamiast kontynuować próby w ułatwienia jej tego. Prowadziłoby to jedynie do "szamotaniny" - mnie, starającego się skupić jej uwagę i jej, używającej swoistej dla niej reakcji, nazywanej w Gestalt "odbijaniem". By działać poprzez interesujące nas figury w Gestalt, świadomość musi zachować obecność i skupienie. Ludzie mają różne sposoby zakłócania tego strumienia świadomości (czegoś, co nazywamy cyklem świadomości), przez co nie osiągają spełnienia. Prowadzi to zaś do niezakończonej sprawy i braku safysfakcjonującego kontaktu. Jednak oferowanie czy wspieranie dobrego kontaktu nie wystarczy. Ludzie mają zwyczaj utraty uwagi i generalnie funkcjonują bez udziału świadomości. W tym przypadku wprowadziłem nieco świadomości w ten proces utraty uwagi - czasem to wystarczy, a czasem praca musi być powolna i bardzo ostrożna, inaczej osoba może się "opierać", co znaczy, że czuje się niepewnie. Dlatego też potrzeba dużej ilości czasu, by zbudować grunt pod poczucie bezpieczeństwa.
 Brigitte zwróciła uwagę na swój problem ze swoim męzem, który trwa od 18 lat. Ona chciała, by jej rodzice mieszkali z nimi, on nie. Zaprosiłem ją zatem do klasycznego dialogu Gestalt, używając dwóch poduszek, jedną dla niej, jedną dla jej męża. W trakcie "rozmowy" wyraziła dwa stwierdzenia. Pierwszym było, że czuje się winna, że znajdują się w szczęśliwej sytuacji rodzinnej, ale nie mieszkają z rodzicami. Drugim było, że powinni brać pod uwagę potrzeby rodziców. Wysupłałem winę - jako że zazwyczaj skrywa "powinieneś". Pewnym było, że owym "powinieneś" było "nie powinnam być szczęśliwa niż moi rodzice". Poprosiłem ją zatem, by położyła "powinieneś" na poduszce, po czym wywiązała się rozmowa. "Powinieneś" pouczało ją, jak być dobrym dla rodziców. Jej odpowiedź była przepełniona złością - nie ucz mnie jak mam żyć. Poprosiłem ją, by podczas rozmowy poruszała się w przód i w tył. W pewnym momencie niemal się nie przewróciła - powiedzała "ok" do "powinieneś". Nie była to jednak prawdziwa kapitulacja, jak razem stwierdziliśmy, a ja zachęciłem ją, by kontynuowała rozmowę. Nagle doznała olśnienia - kiedy miała 5 lat i karmiła ją jej matka, matka powiedziała jej, że pewnego dnia to ona będzie nią zajmować. Poprosiłem ją zatem, by porozmawiała z tym stwierdzeniem matki, jednak teraz z jej aktualnej pozycji, 43-letniej kobiety. Powiedziała - jestem twoją córką, nie matką. To nie jest tak, że muszę się o ciebie troszczyć, to nie jest do końca w porządku. Stało się więc dla mnie jasne. Coś w niej osiadło, coś, co nazywamy "integracją" - kiedy wgląd, uosobione doświadczenie i zmiana energii łączą się w jedną całość. To wyjaśnia jej "powinieneś" w sposób, który prowadzi do czegoś, co nazywamy "trawieniem", tj. braniem tego, co odżywcze, a pozbywanie się reszty. "Powinności" są przekonaniami, które są nie do strawienia, a którymi obarczyło nas społeczeństwo lub rodzice. Mogą instnieć w nich prawda i wartości, jednak muszą zostać przetworzone, by co pasuje do danej osoby. W innym razie przekonania będą rządzić - świadomie lub nieświdomie, w tyraniczny sposób. Nie słyszymy już przekazu z zewnątrz - my go zinternalizowaliśmy - uwewnętrzniliśmy. Tak więc w Gestalt rewidujemy przekonania, uaktualniamy je.
 Powiedziałem Annabelle, że doceniam sposób, w jaki podchodzi do życia i do związków. Było to miejsce wzajemności, miejsce, w którym dzieliliśmy wartości. Powiedziałem więc nieco o sobie, wliczając w to miejsca rozbieżności między moimi wartościami autentyczności i niesienia pomocy a moimi własnymi potrzebami i ograniczeniami. Annabelle powiedziała o tym, że potrafi dawać siebie innym, lecz trudniej jest jej przyjmować. Podzieliła się również tym, że czerpie niewielką przyjemność z jedzenia i musi zmuszać się do tego. Pomimo, że to stanowiło o szerokim spektrum problemów, związanych z polem (jedzenie jest bardzo blisko związane z rodziną i związkami), chciałem skupić się na terapeutycznej relacji. Zasugerowałem więc eksperyment, w którym zrobię dla niej coś odżywczego, a ona poćwiczy przyjmowanie. Złapaliśmy się więc za ręce. Zacząłem powoli pocierać jej dłonie swoimi palcami. Zaczęła robić to samo, lecz powstrzymałem ją - był to odruch dawania raczej, niż brania. Kierunek, jaki jej wskazałem to ten, czy potrafi ona przyjąć nieco pożywienia i przyjemności. Podczas, gdy to robiłem, stwierdziłem, że nie jest w stanie przyjąć zbyt wiele - jej ręce były sztywne. Przygryzała też swoją wargę i była świadoma wielu rzeczy, które blokowały ją przed przyjmowaniem ode mnie odżywienia. Tak więc, trzymając jej dłonie, powoli podniosłem jej dłonie i poruszałem nimi wokół. Poprosiłem jej, by przestała się opierać, zrelaksowała się i pozwoliła mi to zrobić. Znajdowała to za bardzo trudne, trzymają się sztywno i próbując śledzić moje ruchy, niż raczej pozwolić mi nią kierować. Robiliśmy to przez pewien czas. Była w stanie nieco odpuścić i gdy tylko to zrobiła, mogła przyjąć nieco więcej odżywienia. Jednak było to dla niej trudne. Dałem jej zadanie domowe, by znalazła kogoś, z kim mogłaby to ćwiczyć. Mając na uwadze dalszą pracę, wskazałem na kilka sposobów, które moglibyśmy przetestować - eksplorować jej opór w oddaniu kontroli, jak też jej niechęć do przyjmowania odżywienia. Odszukalibyśmy jakiekolwiek problemy rodzinne z tym związane, wliczając w to miejsce jedzenia w jej domu. Kiedykolwiek napotykamy na "opór" w Gestalt, nie staramy się go przełamać - zamiast tego szanujemy go. Spoglądamy na kontekst - pierwotną sytuację, która wywołała "kreatywne przystosowanie się". Staramy się zaakceptować to kreatywne przystosowanie, zrozumieć je i traktować je pozytywnie. W ten sposób jestem w stanie dociec, jak ważnym jest dla niej utrzymanie kontroli, co było przyczyną problemów z jej oddaniem i zaufaniem. Wydaje się jasnym, że zaufanie, odpuszczanie nie było dobrym pomysłem w jej pierwotnym/rodzinnym kontekście. Zatem każde nowe doświadczenie ze mną powinno być brane bardzo powoli, pamiętając jak jest ryzykowne. Lepiej jest pracować bardzo powoli, w sposób, który może być zintegrowany -tak więc eksperymenty muszą mieć to na uwadze. Możemy również eksperymentować z jedzeniem podczas sesji - na przykład z kawałkami jabłka. Zrobić eksperyment na uważność z jedzeniem go, dostrzegając każdy szczegół doświadczenia. Zamiast "rozmawianiu o" zachowaniach, skupiamy się raczej na eksplorowaniu ich podczas samej sesji, z uważnością i wsparciem.
Powiedziałem Annabelle, że doceniam sposób, w jaki podchodzi do życia i do związków. Było to miejsce wzajemności, miejsce, w którym dzieliliśmy wartości. Powiedziałem więc nieco o sobie, wliczając w to miejsca rozbieżności między moimi wartościami autentyczności i niesienia pomocy a moimi własnymi potrzebami i ograniczeniami.
Annabelle powiedziała o tym, że potrafi dawać siebie innym, lecz trudniej jest jej przyjmować. Podzieliła się również tym, że czerpie niewielką przyjemność z jedzenia i musi zmuszać się do tego.
Pomimo, że to stanowiło o szerokim spektrum problemów, związanych z polem (jedzenie jest bardzo blisko związane z rodziną i związkami), chciałem skupić się na terapeutycznej relacji.
Zasugerowałem więc eksperyment, w którym zrobię dla niej coś odżywczego, a ona poćwiczy przyjmowanie.
Złapaliśmy się więc za ręce. Zacząłem powoli pocierać jej dłonie swoimi palcami. Zaczęła robić to samo, lecz powstrzymałem ją - był to odruch dawania raczej, niż brania. Kierunek, jaki jej wskazałem to ten, czy potrafi ona przyjąć nieco pożywienia i przyjemności.
Podczas, gdy to robiłem, stwierdziłem, że nie jest w stanie przyjąć zbyt wiele - jej ręce były sztywne. Przygryzała też swoją wargę i była świadoma wielu rzeczy, które blokowały ją przed przyjmowaniem ode mnie odżywienia.
Tak więc, trzymając jej dłonie, powoli podniosłem jej dłonie i poruszałem nimi wokół. Poprosiłem jej, by przestała się opierać, zrelaksowała się i pozwoliła mi to zrobić. Znajdowała to za bardzo trudne, trzymają się sztywno i próbując śledzić moje ruchy, niż raczej pozwolić mi nią kierować.
Robiliśmy to przez pewien czas. Była w stanie nieco odpuścić i gdy tylko to zrobiła, mogła przyjąć nieco więcej odżywienia. Jednak było to dla niej trudne.
Dałem jej zadanie domowe, by znalazła kogoś, z kim mogłaby to ćwiczyć.
Mając na uwadze dalszą pracę, wskazałem na kilka sposobów, które moglibyśmy przetestować - eksplorować jej opór w oddaniu kontroli, jak też jej niechęć do przyjmowania odżywienia. Odszukalibyśmy jakiekolwiek problemy rodzinne z tym związane, wliczając w to miejsce jedzenia w jej domu.
Kiedykolwiek napotykamy na "opór" w Gestalt, nie staramy się go przełamać - zamiast tego szanujemy go. Spoglądamy na kontekst - pierwotną sytuację, która wywołała "kreatywne przystosowanie się". Staramy się zaakceptować to kreatywne przystosowanie, zrozumieć je i traktować je pozytywnie. W ten sposób jestem w stanie dociec, jak ważnym jest dla niej utrzymanie kontroli, co było przyczyną problemów z jej oddaniem i zaufaniem. Wydaje się jasnym, że zaufanie, odpuszczanie nie było dobrym pomysłem w jej pierwotnym/rodzinnym kontekście. Zatem każde nowe doświadczenie ze mną powinno być brane bardzo powoli, pamiętając jak jest ryzykowne. Lepiej jest pracować bardzo powoli, w sposób, który może być zintegrowany -tak więc eksperymenty muszą mieć to na uwadze.
Możemy również eksperymentować z jedzeniem podczas sesji - na przykład z kawałkami jabłka. Zrobić eksperyment na uważność z jedzeniem go, dostrzegając każdy szczegół doświadczenia. Zamiast "rozmawianiu o" zachowaniach, skupiamy się raczej na eksplorowaniu ich podczas samej sesji, z uważnością i wsparciem.
|
|
|