Adelle pracowała jako pracownik rządowy do spraw obsługi klienta od ponad 20 lat. Mówiła o tym, jak dobrze spisuje się w tej roli (była popularna wśród klientów), jednak wykazywała często całkiem antyspołeczne zachowania w innym względzie. Jej współpracownicy często na nią narzekali, nie miała tam żadnych przyjaciół. Chciała więzi z ludźmi, jednak była samotna, miała kilku przyjaciół, jednak do niczego to nie prowadziło. Opowiadała historię za historią o tym, jak ludzie jej nie doceniają, jak ją odrzucają i jak jej życie było bolesne. Czułem się coraz bardziej i bardziej poirytowany, słuchając jej. Zamiast czuć życzliwość i troskę, chciałem po prostu od niej uciec - odrzucić ją. Czułem się niekomfortowo i niespokojnie. Powiedziałem, "Adelle, teraz to nie dziala. Twoje historie raczej mnie od ciebie odciągają, niż przyciągają. Czuję się sfrustrowany i nie chcę tego słuchać. Potrzebuję, byś przestała "mówić o" i zamiast tego być obecną ze mną przez chwilę". Przestała, lecz była bardzo zdenerwowana, nie patrzyła na mnie (spoglądała wszędzie dookoła również wtedy, gdy mówiła) i była widocznie zaniepokojona. Jednakże nie był to niepokój, z którym czułem, że mogę się połączyć. Przeszedłem więc do głosu autorytetu. Powiedziałem, "Adelle, masz ciężkie życie. Nie jesteś połączona z ludźmi. Nawet teraz tracisz mnie. Proszę, przenieś się do teraźniejszości, spójrz na mnie, połączmy się. Naprawdę tego chcę, lecz ty też musisz". Zaczęła protestować, ale poprosiłem ją, by przestała mówić. Musiałem naprawdę schwycić jej uwagę. Była tak bardzo owładnięta swoją historią o rozpaczy. Przestała i spojrzała na mnie ze zdenerwowaniem. Przemówiłem do niej łagodnie, stwierdzając, jak zaczynam być w stanie łączyć się z nią i zachęciłem ją, by zrobiła ze mną to samo. Miała z tym problemy, jednak była w stanie do pewnego stopnia to zrobić. Podczas gdy czułem, że przenosi się do teraźniejszości, byłem w stanie być łagodniejszy, powiedziałem jej o tym. Zauważyłem, że cokolwiek dzieje się w jej życiu, w tym momencie jesteśmy połączeni, a ja byłem dla niej dostępny. Powoli do przyjęła, jednak dziwnie, niemal niechętnie. Czasem ludzie tkwią w swoich historiach i są niechętni, by doświadczać czegoś innego, nawet jeśli za tym tęsknią. Czasem wymaga to dużego nakładu energi, wraz z bardzo bezpośrednim działaniem, by znaleźć drogę pośród "mgły" ich opowieści o sobie.
Ian chciał popracować nad jego relacją z ojcem. Miał 41 lat. Jego matka zmarła rok temu, po 8 letnich zmaganiach z rakiem. Przez ten czas Ian był jej opiekunem. Ian miał starszego brata, który początkowo zaoferował swoją pomoć, lecz gdy Ian zaczął się nią opiekować, odrzuciła wszelką inną pomoc poza nim. Jego ojciec pracował na 6 miesięcy przed diagnozą, więc nie był z nią od początku. Wyjechał z kimś w interesach, jednak nie poszły one za dobrze, więc miał problemy, by poradzić sobie z sytuacją. Tak więc Kevin został z matką aż do samego końca. Miał do niej duży szacunek - została wyszkolona do tego, by być doktorem, jednak kiedy wyemigrowała, by być z jego ojcem, jej medyczne kwalifikacje nie zostały przyjęte, więc musiała pracować jako pielęgniarka. Była zdecydowanie osobą,która posiadała swoją godność i która żyła dobrym życiem. Kevin nie miał szacunku do ojca, bo miał wrażenie, że nie traktuje dobrze matki. Istniało wiele przypadków, w których przywództwo ojca nie wyszło rodzinie na dobre. Oczywiście istniało tu wiele skomplikowany kwestii, które wymagały sporo czasu, by je naprawić. Pytaniem było, od czego zacząć, co było teraz najważniejsze i jak mogłem odpowiedzieć na wyrażoną przez niego chęć poprawy relacji z jego ojcem, Powiedziałem więc o sobie. Wyjaśniłem, że również miałem bardzo kochającą, wspaniałą matkę i ojca, który często był samolubny i ciężki do zniesienia. W konsekwencji, trudno mi było dostrzec matkę w krytycznym świetle, nawet jeśli znaleźć coś, co zrównoważyłoby moje spojrzenie. Ian przyznał, że również tego doświadczył. Podzieliłem się ty, że zdałem sobie sprawę, że w pewnym stopniu to, co matka mi dała, to jej potrzeby i w rezultacie moje własne granice nie zawsze były takie jasne. Ian przytaknął głową. Podzieliłem się również tym, że moja relacja z ojcem nigdy nie była łatwa i niezbyt dla mnie odżywcza. Ian znów przytaknął głową. Jeden z moich terapeutów spytał mnie kiedyś - jak dużo czasu chciałbyś spędzać z ojcem? Zadałem więc takie samo pytanie. To wtedy odkryłem, że wciąż żyje w domu rodzinnym z jego ojcem. Wszedłem w tryb psycho-edukacyjny. Zwykle tego nie robię - lubię pracować na obustronnie równym poziomie i nie udzielać rad. Jednakże zawsze istnieją wyjątki. Powiedział Ianowi, że statystyki pokazały, że dorośli mężczyźni żyjący w domu rodzinnym mają dużo mniejszą szansę na małżeństwo od innych. Zasugerowałem mu więc, by wyprowadził się na swoje. Sprawdziłem, czy się z tym zgadza. Zrobił to z łatwością - wyglądało na to, że potrzebował jakiegoś pozwolenia, by to zrobić. Potem znów go spytałem o to, jak często chciałby widywać ojca. Powiedział, że raz w tygodniu, przy obiedzie. Spytałem o szczegóły, które zawsze służą osadzeniu (w rzeczywistości). Gdzie? Ian powiedział, że mógłby ugotować dla niego obiad. Ian znajdował się głęboko w trybie dawania, do tego stopnia, że nie wiedział, kiedy przetać. Właśnie spędził dekadę, dając jego matce i pomimo tego, że jego duch jest godny podziwu, to wyglądało na to, że nie wie dokładnie, jak zarysować swoje granice. Co więcej, okazując takie podejście ojcu, zrobić dla niego coś takiego, prawdopodobnie bardziej pogłębiłoby jego urazę gdzieś w głębi duszy. Ian zgodził się z moją sugestią, by zamiast tego pójść do restauracji. Ponownie, wyglądało na to, że potrzebował zgody ode mnie, jak od figury "dobrego ojca", by odkryć swoje własne potrzeby. Spytałem go, jak długo chciałby z nim siedzieć w restauracji. Ian powiedział, że półtorej godziny. Spytałem, o czym chciałby z nim rozmawiać. Powiedział, że zwykle nie dzieli się z ojcem informacjami o jego pracy. Ale chciałby to zmienić. Spytałem, co jeszcze. Spytałby o jego zdrowie. A potem powiedział ojcu o swoich planach na przyszłość. To otworzyło przed Ianem przestrzeń do budowy nowej relacji ze swoim ojcem. Wciąż istniało wiele rzeczy, którymi musieliśmy się zająć, ale był to dobry początek. Ian potrzebował wiele praktycznego osadzenia w tych miejscach. To coś, co mogą dać ojcowie. Jednak ponieważ on nie otrzymał tego od swojego ojca, nie potrafił był zinternalizować swego rodzaju wewnętrznej samopomocy i kierunku rozwoju. Wchodząc więc w tę rolę, pomogłem mu się skupić i zindentyfikować, czego tak w istocie potrzebuje. To coś jak "trening" w tym, jak powinien postępować ze swoim ojcem, by czegoś od niego wymagać. Odgrywając z nim tę rolę, pomogłem mu się przygotować i dałem mu poczucie, co mogłoby być dla niego odżywcze w tym miejscu.
Jane brała udział w procesie, który miał pomóc z pojawiającą się u niej "agresją" - silnymi energiami, jak złość czy wściekłość, i wprowadzeniu ich do relacji w pokojowy sposób. W Gestalt widzimy agresję jako użyteczną siłę, niezbędną do pokonywania introjekcji i "powinności". Jane często zalewała się łzami. Kiedy spytałem ją, co czuła, odpowiedziała, że złość. Nie jest to niespotykane wśród kobiet, które uczone były, że to źle być złą, przez co zwróciły się ku bardziej dopuszczalnych łez i płaczu. To jednak wysysa całą ich siłę i jest zupełnie nieautentyczną ekspresją. Zachęciłem więc Jane, by bardziej była ze swoim ciałe. Wzięła głęboki wdech w brzuch, a potem poczuła go w nogach. Siła wznosiła się w górę jej ciała - z jej złości trafiała do oczu i uwalniała się poprzez łzy. Chciałem ją więc osadzić, przenieść jej siłę w dół. Poprosiłem ją, by tupnęła nogą. Na początku poczuła się jak zamrożona i czuła, że to niemożliwe. Pozostałem z nią, pracując z nią nad oddechem, wspierając ją i dając przyzwolenie, by otwarcie wyraziła swoją złość. Ten rodzaj dającego przyzwolenie to jedna z ról, jaką może odegrać terapeuta, używając swojego autorytetu, by wesprzeć autentyczną ekspresję klienta. Kiedy pomogłem jej się osadzić, poprosiłem ją ponownie, by tupnęła nogą. Na początku znajdowała to za trudne, jednak delikatnie to zrobiła. Poprosiłem ją, by nawiązała kontakt z jej złością i pozwoliła popłynąć przez jej nogi, aż do stóp. Zwiększając siłę tupnięcia, wspierałem ją w tym, by naprawę ucieleśniła swoją agresję. Potem dodaliśmy do tego dźwięk. Stanąłem przed nią, zmierzyłem siłę jej tupnięcia, poziom głośności, tak, by mogła naprawdę poczuć autentyczność swojej agresji. To eksperyment Gestalt - przechodząc od "rozmawiania o" problemach do badania granic niespotykanych zachowań, które poszerzają możliwości wyboru oraz ich różnorodność. W procesie tym niezbędna jest duża ilość wsparcia, zaś sam eksperyment wymaga, by wyjść bezpośrednio od problemów klienta.
Dianne była młodą kobietą, niewielkiego wzrostu, lecz z mnóstwem energii. Często mówiła głosem "małej dziewczynki", z kapryśną manierą. Wyraziła swoją frustrację spowodowaną tym, że nie osiąga tego, czego oczekiwała w trakcie naszych spotkań. "Słyszała już to wszystko" i "niczego nowego się nie dowiedziała". Abstrahując od treści, brzmiała jakby stroiła fochy. Spytałem, na jaki wiek się czuje, odparła, że na pięć lat. W terapii często skutecznym i odpowiednim jest, by pracować z drugą osobą z wiekiem, do którego się "cofnęła" - by odkryć, czego w tym miejscu potrzebuje i odpowiedzieć na to. Tutaj mamy jednak do czynienia z terapią długoterminową i nie zawsze jest to skuteczne. Zdecydowałem, by pracować z Dianne w teraźniejszości. W tym wymiarze wszystkie podejmowane decyzje są aktualne i - co ważne - osadzone w rzeczywistości. Podjąłem tę decyzję, ponieważ Dianne wydawała się mocno utkwiona w jej trybie małej dziewczynki i, w pewnym sensie, pracując z nią w tym miejscu byłoby, jak utwierdzanie jej w tym, co nie było zbyt korzystne w odniesieniu do relacji. Poprosiłem ją więc, by posłuchała swojego głosu i by przeniosłem się ze mną do "tu i teraz". Przyciągnąłem jej uwagę do faktu, że posiada 26-letnie ciało, była kobietą i była rówieśniczką innych osób z grupy. Nadąsała się, ja zaś przyciągnąłem jejj uwagę do jej obecnych wyborów, ponownie zachęcając ją do przeniesienia się teraźniejszości. Poprosiłem ją, by usiadła prosto - była pochylona do przodu, i by odkleiła się od swojej klatki piersiowej, nie chowała się za nią. Tak też zrobiła i od razu wyglądała inaczej. Poprosiłem ją, by wzięła wdech w jej żeńskie organy - jajniki, łono i macicę. By naprawdę poczuła swą kobiecość; by spojrzała na inne kobiety w grupie i połączyła się z nimi jako rówieśniczka. Powiedziała - to bardzo trudne... dodałem jej zatem otuchy, okazałem wsparcie w odniesieniu do mojego jej doświadczenia. Wciąż jednak miała kłopoty w pozostaniu dorosłym. Poprosiłem ją, by znów zwróciła uwagę na swoje ciało. To wtedy dostrzegła, że nie miała miesiączki od 4 miesięcy. Nie istniał żaden medyczny powód - zatrzymała się po przeżyciu stresującego wydarzenia - zerwaniu z chłopakiem. Jednak zdarzało jej się to już wcześniej. Zauważyłem, że jej poczucie kobiecości zależne jest od czynników zewnętrznych, nie jest wewnętrznie stabilne. Słuchała, zgodziła się z tym. Skonfrontowałem ją więc z tym, co robiła - pozostawała małą dziewczynką, nie chciała dorosnąć, być w pełni kobietą, być silną i niezależną, czego uczyli jej inni. Powiedziałem ją, że wesprę ją w stawaniu się pełną, jednak nie zgodzę się na jej bezradność małej dziewczynki. Poprosiłem jej, by przemówiła do swojego ciała - powiedziała mu, że zamierza żyć jako kobieta, by zaakceptowała siebie jako kobietę, wliczając w to jej płodność i krwawienie, by nie dopusciła, by zewnętrzne czynniki w jakikolwiek jej umniejszały. Zmniejszyłem dystans w procesie. Chciałem, by siedziała z tym, co zostało osiągnięte, niż raczej kontynuowała wyciągnąć ode mnie więcej. Jej proces stawał się bardziej skupiony na samej sobie. Zadałem jej zadanie domowe - by śledziła fazy księżyca każdego dnia w jej aplikacji na telefonie i kontynuowała pracę nad jej ciałem, afirmując własną kobiecość. To "klasyczny" sposób Gestalt. Podczas, gdy generalnie jestem zorientowany na współczesne podejście, które stosuje filozofię relacyjną i praktykę, istnieje jednak miejsce na bardziej konfrontatywny styl, który wymaga od osoby asertywności, odpowiedzialności, bycia w teraźniejszości i samowsparcia. Może to być zbyt brutalne, jeśli pójdzie się za daleko lub użyte w zły sposób i w złym momencie. Jednak czasem jest to niezbędne, by kogoś obudzić, jeśli jest w pewien sposób gotowy, by dopuścić do siebie tę myśl. W terapii długoterminowej mamy niezbędną przestrzeń, by badać kontekst wyboru pozostawania małą dziewczynką. Zawsze istnieje "dobry" ku temu powód i by robić to w tym sensie, to nie "opór", lecz coś, co nazywamy "kreatywnym dopasowaniem". Wierzymy zatem, że ważnym jest, by pracować *z* osobą, wliczając w to jej "utkwienie". Ludzie zwykle potrzebują wspacia, zrozumienia i "pracę Z" nimi, a nie pracę przeciw nim. Jednakże istnieje czas i miejsce na bycie odpowiednio konfrontatywnym. Wyzwaniem jest, by uważać na swoje kroki w trakcie procesu - co kieruje mną w dyskursie i z czym mam do czynienia. Cały ten materiał może być wykorzystany w budowaniu relacji. Gestalt nie jest zupełnie empatyczną terapią, nie jest też zupełnie konfrontatywną. Kwestią jest, by znaleźć sposób na osiągnięcie autentycznego spotkania - to w istocie jest transformujące.
Brian i Melanie odbyli dialog podczas pracy grupowej. Brian mówił o tym, jak ważnym jest dla niego zaufanie i o tym, jak długo zajęło mu otworzenie się. Musiał mieć najpierw poczucie zaufania z drugiej strony. Melanie spytała go, co dokładnie rozumie przez zaufanie. Brian starał się wyjaśnić - obserwował ludzi, ich zachowanie i po tym decydował, czy komunikowanie się z nimi odbywało się w sposób, który sprawiał, że dobrze się czuł. Melanie nie była do końca usatysfakcjonowana jego wypowiedzią. Powiedziała, że nie czuje się z nim komfortowo - nie lubiła być obserwowaną w ten sposób, i dalej, nie była przekonana, co by się stało, gdyby nieświadomie go czymś uraziła. Brian powiedział, że chodzi tu o poczucie bezpieczeństwa - było to dla niego ważne i w ten sposób dbał o siebie. Melanie powiedziała - "nie jestem pewna, czy czuję się przy tobie bezpiecznie". Brian powtórzył o tym, jak ważnym jest dla niego poczucie bezpieczeństwa, by móc się otworzyć przed grupą. Wkroczyłem i spytałem go, czy usłyszał zdanie Melanie. Przytaknął, jednak powtórzył jego stanowisko odnośnie bezpieczeństwa. Przycisnąłem nieco temat - tak, to zrozumiałe, jednak czy zdaje sobie sprawę z tego, że może to być niebezpieczne dla innych? Brian pokręcił przecząco głową. Spróbowałem dać kilka przykładów, z mojego doświadczenia z nim. Wskazałem, że nawet jeśli uważam, że fajnie, gdy jest w pobliżu, to wyobrażam sobie, że jeśli - jak powiedziała Melanie - powiedziałbym nieświadomie coś, co by mu się nie spodobało, to mógłby "podkulić ogon i uciec" - odciąć się, być milczący lub się wycofać. Brian zgodził się, że mogłoby się tak stać - czasem to robił - jednak znowu, wrócił do stwierdzenia, że zrobiłby tak tylko wtedy, gdyby poczuł się niepewny. Spędziłem nieco czasu, starając się wytłumaczyć mu, że istnieje taka możliwość, że w ostocie to inni mogą czuć się niepewnie w stosunku do niego. Brian nie mógł tego zrozumieć, więc przestałem. Dotarliśmy do krańca jego świadomości, do limitu jego chęci i zdolności do przekroczenia tej granicy. Co jest tutaj ważne, to fakt, że tak łatwo potrafimy dostrzec agresję innych, ich poczucie niepewności, jednak trudno jest dostrzec naszą własną. W ten sposób wiele osób zajmuje pozycję ofiary - zawsze znajdzie się "dobry" powód, patrząc na to, co inni zrobili. Tym, co jest naprawdę trudne, to wzięcie pełnej odpowiedzialności, co oznacza dostrzeżenie tego, co dana osoba powoduje swoimi działaniami, wliczając w to sprawianie, że inni ludzie czują się niepewni. By to osiągnąc, trzeba posiadać coś, co nazywam "Niecnotami" (http://unvirtues.com). Znaczy to, by dostrzegać nie tylko swoje dobre intencje, ale także części swej osobowości i zachowania, które są poza naszą świadomością, a które mogą być nie do końca cnotliwe. Działać tak, znaczy wyrażać chęć do dostrzeżenia faktu, iż jesteśmy zbudowani z wielu "jaźni", których część inni mogą znajdować za trudne. Ludzie mogą być w stanie robić to w teorii, jednak w praktyce, w konfrontacji z perspektywą lub dościwadczeniem drugiej osoby - jak w tym przypadku - może się to okazać bardzo trudne. W Gestalt mówimy o biegunach - częściach "ja". Jedna z nich znajduje się poza świadomością, a nasze poszukiwania mają na celu jej odkrycie i dzięki temu przeniesienie jej w pełni do relacji. To trudna podróż, która wymaga chęci, gotowości i wsparcia.
Tad, młody mężczyzna, opisał, jak został wysłany do szkoły z internatem, gdy miał 7-14 lat. Każdego roku widywał rodziców jedynie przez 2 miesiące w roku podczas wakacji, a część z tego czasu, jego ojciec poświęcał pracy. Mówił więc o braku emocjonalnej więzi z jego ojcem i jego poczuciu samotności. Wspomniał też o innych rzeczach, jak np. strachu przed ciemnością. Spytałem go o to, jak postrzega swoją samotność - zarówno ją lubił, jak i nie - z jednej strony miał poczucie, że robi to, czego pragnie, ale z drugiej czuł bolesność sytuacji, w jakiej się przez to znajdował. Spytałem o jego życie duchowe, jako że to mogło być znaczącym źródłem informacji. Praktykował Vipassanę (buddyjska technika medytacyjna - przyp. tłum.), miał swoją filozofię, lecz nic nie wskazywało na jego silną wiarę, więc zgłębianie tego tematu na nic mi się tu nie przyda. W przeciwnym razie skłoniłbym go do tego, by był z nią w bliskim kontakcie. Spytałem go, w jaki sposób doświadcza mnie jako "figury ojca". Powiedział, że czuje się ze mną bardzo konfortowo, że jest wspierany i jest w stanie jasno się wypowiadać, wliczając w to poziom emocjonalny. Pomimo, że można się było tego spodziewać, często ważnym jest, by przekładać takie doświadczenia na słowa, jako że intensyfikuje i niejako zatwierdza to doświadczenie. Wskazałem, że najprawdopodobniej niedługo pociągnie za sobą w związek tę jego "potrzebę samotności" i obciąży tym swoją partnerkę. Zachęciłem go więc, by sprawdził, jak wiele z tego czuje ze mną. Potem poprosiłem go, by przeszedł wokół grupy, patrząc na każdego z uczestników, sprawdzając jak jego samotność wpływa na innych. Był to ważne dla niego ważne, jako droga do bycia bardziej świadomym tego, w jaki sposób postrzegany jest przez innych oraz to, jaki wpływ mają jego emocje na innych. Spytałem go, czego ode mnie oczekuje, powiedział, że tego, by każdy wiedział o jego samotności. Wskazałem, że już wiele mi o tym powiedział, więc zamiast pytać go więcej o jego doświadczenie, powiem mu nieco o mnie w tej sytuacji. Podzieliłem się kilkoma doświadczeniami bycia odizolowanym od rodziców, kiedy byłem młody, a potem o doświadczeniu braku wsparcia ze strony ojca. Zrobiłem to zarówno, by wytworzyć więź z Tadem, by móc dzielić wspólne doświadczenia, ale również dlatego, by pokazać mu, jak rozumiem i jak poradziłem sobie z takimi uczuciami. Jakość kontaktu między nami była głęboka i stabilna. Zawsze spoglądamy na "tu i teraz, ty i ja" w procesie Gestalt. Znaczy to, że należy zarysować temat i przenieść go do teraźniejszości, niż rozważać go jak ogólny problem. A później, jeśli to tylko możliwe, badać (eksperymentować) z tym, zarówno w grupie, jak i z terapeutą. Kontynuowanie pracy w tym przypadku może wiązać się z poruszeniem problemu uczucia samotności, a potem skontrastowania go z doświadczeniem bycia z innym. Jednak równie ważnym jest doświadczenie kontaktu, tak, by mógł czuć, że ktoś go zna, jak również to, że to on zna mnie i to, gdzie znajduję się w relacji z nim.
Tom powiedział mi, że chce, bym mu pomógł "otworzyć jego umysł" odnośnie trudnej sprawy. Mówił o wadze zaufania i o tym, że czuje, że może mi zaufać. Na początku zwróciłem uwagę, że poza częścią jego, która chce się otworzyć, istnieje prawdopodobnie część, która chce pozostać zamknięta. Powiedziałem do siebie w milczeniu również to, że mówi on raczej kierując się umysłem, niż uczuciami. Pokazało mi to, że badanie jego uczuć muszą odbywać się w sposób ostrożny. Zapytałem go również o to, co dla niego znaczy zaufanie. Zaufanie jest ważną rzeczą w psychoterapii, jest to jednak zwykle iluzja oparta na projekcji. Chodzi o "zaufanie" osoby, jej oczekiwania, jej wyobrażenie o tym, kim jest terapeuta i - do pewnego stopnia - o właściwe doświadczenie. Ważnym jednak jest, by nie brać takich stwierdzeń za pewnik. W kilku miejscach wspomniał, że był ostatnio zdradzony, były to jednak przykłady z pracy, zapytałem go więc, co rozumie przez zaufanie między nim a mną - w Gestalt zawsze sprowadzamy rzeczy do "tu i teraz", "ja i ty". Powiedział "że wiem, jakie masz zamiary". To znaczy, co kieruje mną podczas pracy z nim. Wymieniłem więc kilka "zamiarów", wliczając chęc służenia, bycia efektywnym, pomoc w dokończeniu nierozwiązanych spraw, mieć frajdę, zarobić na swoją pensję itp. To ukazało moje motywacje, dzięki czemu wiedział więcej o tym, kim jestem i dlaczego to robię. Wystarczyło mu to, by kontynuować. Spytałem, jaki był problem - jego była żona. Jak tylko o tym wspomniał, przeszyła go gonitwa uczuć. Zwróciłem mu na to uwagę, jednak nie powiedział niczego więcej. Opisał sytuację. Mieli syna. Próbował wybrać dla nich odpowiednie miasto do życia, jednak ona nigdy nie zgadzała się z jego decyzjami, sama zaś nigdy niczego nie zaproponowała. W końcu poczuł się niezwykle sfrustrowany i skonfrontował się z nią - "jeśli mamy żyć wspólnie, musimy wiedzieć, gdzie. Tutaj masz kilka opcji do wyboru, jestem gotów wspólnie z tobą wybrać". Jej odpowiedzią było milczenie, a on nigdy nie zdołał dojść z nią do porozumienia, czy dojść do jakiegokolwiek kompromisu. Potem przeszli separację, a w końcu się rozwiedli, ona nie chciała o niczym rozmawiać, ani nie chciała opiekować się dzieckiem. Został więc samotnym rodzicem, ona kilka razy w roku odwiedziła swoją córkę, która miała 13 lat. Miała przyjechać w ten weekend, wspomniał, że dziewczynka nie chce jej widzieć. Kiedy o tym mówił, emocje napłynęły do jego oczu, jednak za każdym razem, gdy pytałem go o jego doświadczenie, mówił "czuję się spokojny". Wskazałem, że wyjście z tej bardzo trudnej sytuacji będzie wymagało od niego zmierzenie się z jego "niedokończoną sprawą", wliczając w to jego uczucia. Nadal nie miał nic do powiedzenia. Zapewniłem mu więc wsparcie, wymieniając listę rzeczy, które może czuć - smutek, żal, złość, frustrację. Kiwnął głową, szczególnie przy frustracji. Poprosiłem go, by zlokalizował to w jego ciele. Wskazał na brzuch. Jednak kiedy go poprosiłem, by pozostał z tym uczuciem, stwierdził, że znów jest spokojny. Ponownie więc poprosiłem go, by skupił się na swoim brzuchu i dokładnie zlokalizował, gdzie znajdowała się jego frustracja. Powiedział, że jest jej trochę tu, ale tu istnieje granica - i wskazał na dolną część jego żeber - powyżej jest spokój. Wyjaśniłem, że to jest "bariera spokoju" i jest tym, co w Gestalt nazywamy "kreatywnym dopasowaniem". To sposób na radzenie sobie z bardzo trudnymi sytuacjami, by nie zostać przez nie przytłoczonymi. Takie mechanizmy są czasem przydatne, jednak zazwyczaj stają się osadzonymi nawykami, które nie są dłużej użyteczne. To gestaltowskie przeformułowanie "oporu", w który nie wierzymy. Takie dopasowania są użyteczne i konieczne, jednak wymagają większego udziału świadomości i zdolności wyboru. Wyjaśniłem mu więc - to było użyteczne, jednak musimy znaleźć inny sposób na radzenie sobie z emocjami, w przeciwnym razie pozostaną niedokończone. Musiałem wspomnieć o jego uczestnictwie i motywacji - "powód", który nadmienił wcześniej. Zgodził się, ale mogłem dostrzec, że potrzebuje wsparcia. Byłem więc empatyczny względem niego, dzieląc się tym, że zdaję sobie sprawę, jak strasznym musiało być jego doświadczenie - dla jego szczerych chęci być pozostać ze mną w relacji, które spotykają się z biernym oporem. Opowiedziałem historię, która nadała temu dramatyzmu i powiedziałem, że potrafię zrozumieć wszystkie rodzaje silnych emocji, które mogą towarzyszyć temu doświadczeniu. Zwróciłem mu też uwagę na to, że sam będzie musiał nad tym pracować, ponieważ jego była żona w niczym tu nie pomoże. Powiedział - "tak, muszę po prostu zaakceptować to, że nigdy nie będę wiedział dlaczego". Powiedziałem, że to prawda, jednak będzie musiał uporać się z uczuciami, jako że nie jego "bariera spokoju" nie dawała sobie z nimi rady, a narastały w osobie jego córki jako złość przeciw jej matce. Była to systemowa obserwacja. Po zapewnieniu mu tych wszystkich motywacji, poprosiłem go, by ponownie przeszedł do uczuć w jego brzuchu - opisał je teraz jako gniew. Poprosiłem go o metaforę tych uczuć - powiedział "pierożek". Poprosiłem go by "był" tym pierożkiem. Opisał wygląd zewnętrzny, z dziurkami i nadzienie. W środku nadzieniem było "coś czarnego". Był to jądro jego uczuć. Poprosiłem go, by "był" tym "czymś czarnym". Powiedział, że fragment tego tkwił w jego sercu. Poprosiłem go po tym, by naprawdę był z tym czarnym fragmentem. Jego emocje narosły. Powiedział - "ale tutaj ona nigdy nie wysłucha moich uczuć". Odpowiedziałem - "nie, ale jestem tu teraz z tobą". Siedzieliśmy tak kilka chwil, w kontakcie, naprawdę widziałem złość w jego oczach, chciał mi ją pokazać. Po czym powiedział "znów jestem spokojny". Było to jego kreatywne dopasowanie - zbyt wiele emocji do zniesienia, ale również mały krok w kierunku integracji jego złości. Było dla mnie jasnym, że ów proces musi zostać powtórzony wiele razy, by móc powoli pracować nad jego złością. Ważnym jest, by dać klientom realistyczną wizję tego, co może zostać osiągnięte. Wykonaliśmy wiele pracy, ale wiele jeszcze przed nami.
These case examples are for therapists, students and those working in the helping professions. The purpose is to show how the Gestalt approach works in practice, linking theory with clinical challenges.
Because this is aimed at a professional audience, the blog is available by subscription. Please enter your email address to receive free blog updates every time a new entry is added.
If you are interested in following my travels/adventures in the course of my teaching work around the world, feel free to follow my Facebook Page!
Can you translate into Polish? I am looking for volunteers who would like to continue to make this translation available. Please contact me if you would like to contribute.
Interested in Gestalt Therapy training?
Contact us!
This Gestalt therapy blog is translated into multiple languages. You are welcome to subscribe