|
 Joanne jako nastolatka doświadczyła bardzo głębokiego i znaczącego przeżycia duchowego. Było ekstatyczne. To rezultat jej zainteresowań duchowością z dzieciństwa. Jej rodzice byli religijni. Jednak nie radzili sobie z tym zbyt dobrze. Jej matka się bała - prawdopodobnie tego, że Joanne może zwariować. Joanne poszła do ich księdza, jednak on powiedział jej, że będzie musiała brać leki przez całe swoje życie i że coś jest z nią nie tak - potwierdzając przekaz, że jest szalona. Nawet bliska ciotka, która początkowo wspierała jej zainteresowanie duchowością, nie miała nic do powiedzenia. Jej ówczesną reakcją na tę sytuację było rzucenie się w życie zewnętrzene, w świat i zdysansowanie się od wszystkiego, co duchowe. To jednak wydawało się dla niej niezwykle puste. Zasugerowałem więc, by posadziła "Boga na krześle" i odbyła z nim bezpośrednią rozmowę. Powiedziała, że tak właściwie powinny być dwa krzesła - jedno dla jej pierwszego spotkania z Bogiem ("jak z pierwszym chłopakiem"), a drugiej dla jej obecnej relacji z Bogiem. Tak też zrobiliśmy. Rozmowa potoczyła się tak, jak gdyby rozmowa odbywała się między dwojgiem kochanków, między którymi jest jakaś niedokończona sprawa! Sprawdziłem z nią wiele kwestii - jak się czuła, kiedy angażowała się w te rozmowy. Był to bardzo delikatny grunt i tak naprawdę nie powiedziała nic więcej na temat bycia "zdradzoną" przez Boga. Był to również bardzo drażliwy tamat, jako że jej poprzednie próby rozmowy o tym, kończyły się na tym, że została okrzyknięta "szaloną". Upewniłem się więc, że daję jej osobiste wsparcie, zachętę i zadeklarowałem jedynie pozytywne osądy. Upewniłem się również, że posiada wsparcie ze strony grupy, by wiedziała, na czym stoi i to było jej wsparciem. Nigdy nie wiadomo, czy to wystarcza, dlatego ważnym jest, by zapewniać takie wsparcie w miejscu, w którym może pojawiać się wstyd. To przykład na to, jak proces Gestalt może być zastosowany wobec traum, odnoszących się do sfery duchowej. To, jaka jest relacja z Bogiem, w pewnym sensie, przekłada się na to, jakie są relacje z innymi, co moe być zbawienne da terapeutycznych procesów, których używamy wobec innych relacji.
 Martin miał wyraziste pojęcie uczciwości. Kontekstem była sytuacja, w której jeden z jego rodziców poprosił go o wielką przysługę, w zamian oferując jedynie krytykę. To wyznaczyło ton naszej interakcji. Jeśli zrobię cokolwiek podczas terapii bez bycia tego świadomym, on natychmiast to dostrzeże i zwróci mi uwagę. Zawsze z radością zwracałem uwagę na jego krytycyzm i jego troski. Przyjmowałem ich słuszność jego uwag i wyrażając to bezpośrednio. W Gestalt, jako terapii opartej na dialogu, kluczowym jest panowanie nad miejscami, w których działamy bez użycia świadomości. Tyczy się to również terapeutów. Większość klientów tego nie dostrzega, jednak część z nich jest na to bardzo wyczulona. To w istocie bardzo pozytywnie działa na terapię. Jednak znaczy to, że jako terapeuta muszę chcieć być nie-defensywnym, szukać ziaren prawdy w zmartwieniach klientów, ich lękach i oskarżeniach. To nie tylko rozładowuje sytuację, zapewnia też uzdrawiające doświadczenie dla samego klienta. I jako terapeuta, uczę się też tego, w których miejscach moja świadomość się wyłącza - konfrontuję się z tym. To również okazja, by dostrzec mój własny interes i to, gdzie i jak mogę to ukryć pod przykrywką "pomocy". I tu mała rzecz do odnotowania - ton mojego głosu, to jak szybko mówię, to, na czym się skupiam. Z klientami takimi, jak Martin ważnym jest, by być świadomym zarówno swojej dynamiki, jak i jego. Terapeucie łatwo jest skupiać się na klientach, to, co robią, na ich procesie. Trudniej jest jednak skupić się na sobie. A jeszcze trudniej, gdy to klient jest świadomy mojego procesu, a ja nie. To potencjalnie powód do wstydu, jednak ja wykraczam poza to, prezentując postawę otwartą na wszelką krytykę, zawsze jestem gotów szukać w niej prawdy i ją zaakceptować.
 Mogłem dostrzec, że Lizzie była nieco spięta, lecz nie wiedziałem, o co chodzi. Wydawała się być na krawędzi, myślałem, że może chodzi o złość. Mówiła o tym, jak gdy była nastolatką, kłóciła się z ojcem nad ówcześnie pojawiającym się problemem - duchowości. Ze strony obojga rodziców doświadczyła braku wsparcia w jej zainteresowaniach. Matka podważała jej zdanie, zaś ojciec się jej sprzeciwiał i wyśmiewał jej pragnienie, by rozumieć więcej. Podczas, gdy ci, którzy wychowali się w religijnym otoczeniu mogą mieć problemy, ponieważ wiara była im wepchnięta do gardła, tak ci drudzy, jak Lizzie, mogą doświadczać sprzeciwu ze strony ich ateistycznych rodziców w zainteresowaniach religią i duchowością. Lizzie była teraz po trzydziestce, jednak wciąż czuła się tym dotknięta. Jej poszukiwnia ciągnęły się przez jej życie, jednak nie było to coś, o czym rozmawiała z innymi, trzymała to dla siebie. To było zrozumiałe, biorąc pod uwagę przeżycia, których doświadczyła. Jednak izolowało ją to, nie otrzymywała wsparcia, nie mogła porozmawiać z nikim na ten temat. Teraz mogłem lepiej zrozumieć jej drażliwość, gdy poruszałem z nią ten temat - spodziewała się negatywnego zdania i krytycyzmu, a nie wsparcia. To było zrozumiałe. Pierwszą więc rzeczą, jaką zrobiłem, to wyrażenie wprost swojego wsparcia Był to temat, który mnie interesował, byłem do niego pozytywnie nastawiony, chciałem się przed nią otworzyć. Powiedziałem o swojej energii dla tego tematu i mojej chęci przeprowadzenia rozmowy. Wskazałem również na naturę otoczenia, w jakim się znajdowaliśmy - grupa ludzi, która również była zainteresowana tematem i która była otwarta na dialog. Zastrzegłem, by podczas rozmowy nikt nie używał obelg, gdy ktoś wyraża swoją opinię. Było to ważne, ustanawiając grunt pod bezpieczeństwo, by zacząć ten temat z Lizzie i upewnić ją, że te okoliczności są zupełnie inne od tych, do których była przyzwyczajona. Byłem bardzo świadomy ryzyka, jakie to za sobą niesie. Powiedziała, że odczuwa ulgę, jednak wciąż jest spięta. Moje słowa były bardzo dobre, jednak ona nigdy nie doświadczyła tego typu wsparcia. Zaproponowałem więc eksperyment - zachęciłem ją, by wyraziła kilka z jej przekonań, a ja zbadam je z nią. Wybrała więc jedno - jej przekonanie, że ludzie nie rodzą się złymi, lecz raczej się gubią, są nieświadomi. Podzieliłem się, że zgadzam się z tym przekonaniem - okazałem jej wsparcie i zasygnalizowałem, że jestem otwarty i słucham. Wyrażenie tego bezpośrednio jest bardzo ważne. Zadałem jej kilka pytań, by wyciągniąc więcej szczegółów, a ona wydawała się bardzo cieszyć, że może podzielić się swoimi przemyśleniami i tym, że może zostać wysłuchana. Połączyłem jej pomysły z tymi niektórych autorów - np. Mathew Foxa (Original Blessing), by wskazać, że są też inni w tej dziedzinie, którzy podzielają jej punkt widzenia i do kogo może zwrócić się po wsparcie, pogłębić swoje przemyślenia. Potem spytałem ją, czy chciałaby usłyszeć jakieś przeciwstawne poglądy. Zgodziła się. To był kolejny krok - wesprzeć ją, by trzymała się swojego zdania w obliczu sprzeciwu. Przedstawiłem więc jeden pogląd - ten o egzystencjalnej odpowiedzialności - o konsekwencjach naszych działań, niezależnie od naszych intencji, stopnia świadomości czy stanu umysłu. Delikatnie poszerzyłem jej myślenie, zapewniając wymagające przemyślenia poglądy, a potem angażując sie w rozmowę odnośnie jej odpowiedzi. To była bogata rozmowa, posuwałem się bardzo ostrożnie, by mogła doświadczyć rozmowy w inny sposób, bez wpadania w złość czy przekorność. Pomogło jej to rozważyć inne punkty widzenia, zapewniło jej to doświadczenie pomyślnego napotykania problemów. Miała teraz podstawy do tego, by być w stanie prowadzić poważny dialog z innymi. W Gestalt zawsze szukamy właściwej równowagi między wyzwaniem a wsparciem, zapewniając klientowi nowe i transformujące doświadczenie poprzez eksperyment - pracując na granicy jego komfortu, dzięki czemu pojawia się rozwój, jednak w tempie, które z łatwością mogą przyjąć.
 John uczestniczył w wielu różnych grupach samorozwoju. Chciał wziąć udział w grupie Gestalt. Naprawdę więc chciał tu być. Przyszedł, by pracować. Widziałem go przez parę dni, a teraz, gdy siedział przede mną, uderzyła mnie ekspresja jego twarzy. Spoglądając na niego, pomyślałbym, że nie jest tylko nerwowy, lecz bardzo wylękniony. Szybko mrugał oczami, jego usta drgały, mrużył oczy, gdy mówił. Jego oczy wyglądały dla mnie przerażająco. Moje wrażenie było takie, jakbym widział kogoś, kto oczekuje na uderzenie. Czułem autentyczne zmartwienie, przedstawiłem mu swoje doświadczenie i spytałem o to, co czuje. Ku mojemu zdziwieniu, powiedział, że czuję się nieco zdenerwowany spotkaniem, ale nic poza tym. Spytałem go zatem, czy doświadczył w dzieciństwie jakiejś sytuacji, w której był uderzony. Nie. Spytałem, czy spoktały go szczególnie przerażające rzeczy. Żadne. Spytałem, czy przeżył jakiś wypadek, podczas którego poczuł wielki lęk. Żadnego. Podobno był niezwykle nieśmiałym dzieckiem. Miało to właściwie sens, może to, co widziałem, to po prostu pewien rodzaj trudności w komunikacji. Zwykle chętnie przyjmuję opis czyjegoś doświadczenia. Jednak w tym wypadku, czułem się bardzo dziwnie, ponieważ to, co widzałem było bardzo osobliwe. Inni w grupie potwierdzili, że odczuwają podobne doświadczenie. Coś tu się nie dodawało. Nie zamierzałem jednak naciskać. W Gestalt nigdy nie naciskamy na "opór". Dalej nic jasnego nie wynikło z naszej rozmowy, więc zadecydowałem, że będziemy pracować somatycznie. Poprosiłem go, by położył się na plecach, a ja usiadłem obok niego. Poprosiłem go, by śledził swój oddech. Jego oddech wyglądał na dość regularny i swobodny. Szukałem przerw lub miejsc napięcia. Żadnych nie znalazłem. Spytałem go o jego doświadczenie. Czuł po prostu powietrze wychodzące i wchodzące w niego. Oczywiście nie był w zbyt dobrym kontakcie z własnymi uczuciami. Spędziłem więc wiele czasu po prostu z nim siedząc, obserwując go, pytając. Powiedział o uczuciu pustki w brzuchu. Spytałem go więc o pozwolenie i położyłem mu na nim rękę. Nic z tego nie wynikło. Jego uczucia były pieczołowicie skrywane, musiałem być cierpliwy, by je odnaleźć. Zauważyłem, że jego oczy są bardzo aktywne, nawet gdy są zamknięte. Spytałem go, czy mogę położyć dłoń na jego oczach i potrzymać ją chwilę. Po tym odnotował uczucie zimna u dołu jego brzucha. Położyłem tam rękę. Poprosiłem go, by na mnie spojrzał. Tak też zrobił, po czym spojrzał w górę. Spytałem go, co sobie wyobraża. Widział ciemność, chłód i bardzo stłumione światło latarni. Miał obraz, nad którym mogłem pracować. Poprosiłem go, by na mnie spojrzał i powiedział, co czuje. Zaczął czuć ciepło w klatce piersiowej, więc położyłem na niej swoją rękę. Powidziałem mu, że wygląda na to, że latarnia staje się jaśniejsza, poprosiłem go, by wpuścił w siebie ciepło i przesunął je w dół, z klatki piersiowej do dolnych partii brzucha. Podczas, gdy się to rozwijało, wyjaśniłem mu, że silniejsze światło latarni symbolizuje fakt, że nasza więź staje się silniejsza, zaś ta więź rozgrzewa jego ciało. Poprosiłem go, by kontynuował wpuszczanie w siebie ciepła aż do swoich nóg i stóp. Działo się to bardzo powoli, ale nie aż do jego stóp. Poprosiłem więc, by ktoś potrzymał jego stopy. W końcu czuł ciepło w całym swoim ciele. Kiedy usiadł, jego oczy wyglądały zupełnie inaczej. Były spokojne, jasne, tej samej wielkości. Powiedziałem mu, o swoim doświadczeniu jego. Poprosiłem go, by spojrzał na kilka innych osób, by odczuć doświadczenie połączenia zarówno z sobą, jak i z innymi. Jego energia była jasna i ciepła, powiedział, że teraz doświadcza połączenia z innymi w nowy sposób. Nie musimy wiedzieć, z jakimi symptomami pracować. Nie musimy mieć historii czy kontekstu. Czasem jest to po prostu niedostępne. Jeśli jednak pracujemy z bezpośrednim doświadczeniem ciała, z tego osadzonego miejsca zawsze wypłynie najważniejsza "figura", która wymaga uwagi. Ponownie, nie musimy nawet rozumieć figury - musimy po prostu z nią pracować, wspierać rozwój czegokolwiek, co się pojawia. Praca z ciałem może być powolnym procesem, który wymaga cierpliwości. Ostatecznie chcemy takie doświadczenia przenieść z powrotem do relacji. To kluczowe elementy w Gestalt - świadomość i kontakt.
 Chuan nigdy wcześniej nie podejmował się terapii. Był biznesmenem. Jego ojciec wyrabiał rzeczy z drewna i miał małą farmę. Chuan miał miłe wspomnienia z dzieciństwa, bycia ze swoją rodziną; jego ojciec lubił polować, więc mieli duże psy. Jednak w trakcie gimnazjum, przeniósł się w inne miejsce niż ojciec i tęsknił za nim. W szkole był zawsze najlepszym uczniem, jednak nigdy nie otrzymywał pochwał od swojego ojca. Dziesięć lat temu jego firma wpadła w kłopoty. Jego żona i córka mieszkały w ich rodzinnym miasteczku, a on był w mieście, starając się poradzić sobie z finansową katastrofą jego firmy. Zaczął regularnie pić i wpadł w depresję na rok. W końcu roku jego fatalnej depresji spokał swego ojca na Święto Wiosny. Jego ojciec spytał wprost - "W czym problem? Rozwodzisz się?" Chuan powiedział "mam po prostu trochę problemów w pracy". Jednak ojciec mu nie wierzył i naciskał na niego. Jego ojciec zszokował Chuana, mówiąc mu, "Wierzę ci. Wierzę w ciebie". Powiedział też, "jeśli w małżeństwie się nie układa, dobrze jest się rozwieść". Miał to na niego ogromny wpływ; Chuan przestał pić, zaczął radzić sobie z biznesem. Jednakże naprawdę istniał problem z jego małżeństwem i Chuan czuł, że nie do końca może porozmawiać o tym z ojcem. Jego żona była jego koleżanką z klasy. Zaszła w ciążę i z obowiązku ją poślubił. Była miłą osobą, uprzejmą dla jego rodziny i dobrą matką jego córki. Niechętnie się ożenił i czuł się teraz "porwany". Nie chciał nikogo zawieść, ale czuł się nieszczęśliwy. Spytałem, jak źle wygląda sytuacja - odpowiedział, ze 3/10. Przestali uprawiać seks rok temu. I po prostu nie czuł do niej żadnego pociągu. Czuł, że są bardziej jak brat i siostra. Nie było to małżeństwo, które mogło zostac wskrzeszone, ponieważ nigdy nie było między nimi iskry. W niektórych rzadkich przypadkach mogłoby to być możliwe. Jednak tutaj sytuacja wyglądała tak, że on wychodził cały zlany potem, gdy musiał ją przytulić - nie było to żadnego pociągu. Szanował ją, jednak tylko jako towarzyszkę. Jednak jego silne wartości rodzinne trzymały go w małżeństwie, jego potrzeba, by być "dobrym chłopcem". Powiedział też, że nie chce skrzywdzić swojej córki, nie chciał jej stracić, nie chciał też skrzydzić swojej żony. W istocie znajdował się w pułapce. Poprosiłem go by nazwał dwie części jego w tym konflikcie: "Dobry Mąż" i "Prawdziwa Miłość". Zachęciłem go, by wybrał dwa przedmioty z pokoju, które symbolizowałyby te dwa bieguny, po czym poprosiłem go, by odbył rozmowę z obiema częściami. Na początku było to po prostu powtórzenie niekończącej się kłótni między tymi zwaśnionymi częściami. Zauważyłem, że ta kłótnia mogłaby trwać wiecznie, jednak te dwie części muszą dość do porozumienia - co połączyłem z negocjacjami w biznesie. Po dyskusji, dwie części doszły do porozumienia: "Prawdziwa Miłość" dała rok "Dobremu Mężowi" na wyjaśnienie spraw. "Dobry Mąż" zgodził się porozmawiać z żoną na ten temat. Jednakże dostrzegłem, że Chuan naprawdę boi się odbyć tę rozmowę, ponieważ wiedział, że sprawi tym ból żonie i prawdopodobnie zapoczątkuje koniec ich małżeństwa. W tym momencie Chuan zaczął czuć się bardzo niekomfortowo, nieco skołowany. Musiał wstać i się przejść. Rozejrzał się po pokoju i powiedział "nie lubię pomieszczeń bez okien". Wyjaśniłem mu, że okno znajduje się za zasłoną. To go nieco uspokoiło. Poświęciłem nieco czasu, by powiedzieć mu o moim doświadczeniu rozwodu. Przerwał mi i spytał o obrączkę wokół mojej szyi. Wyjaśniłem, że dostałem ją w Anglii, kiedy byłem na promocji swojej drugiej córki. Powiedziałem mu, że pomimo,że rozwód był trudny, to moje dzieci ostatecznie na tym nie ucierpiały - całkiem dobrze sobie z tym poradziły... I powiedziałem, że w końcu sam znalazłem prawdziwą miłość. Powiedziałem mu szczerze o trudnościach, z jakimi musiałem się zmierzyć, z którymi zmierzyła się moja była żona w procesie rozwodowym. Odgrywając rolę "ojca" w terapii, wzmacniałem przekaz, że to w porządku jest się rozwieść. Z reguły robię wszystko, by pomóc parze pozostać razem i trwać w zdrowym związku. Jednak czasem, jeśli to naprawdę zabija życie, w sensie duszenia ich siły życiowej i umiejętności do życia autentycznie, wtedy wspieram drugą osobą w zastanowieniu się nad rozwodem. Chuan poczuł wielką ulgę. Powiedział, że tak naprawdę przykuły jego uwagę dwie rzeczy - kiedy powiedziałem, że tak naprawdę jest tutaj okno i kiedy spytał o obrączkę. To te interpersonalne i symboliczne momenty go poruszyły. Pytajanie o moją obrączkę, słuchanie o moim doświadczeniu rozwodu pomogło mu uporać się z jego strachem i utkwieniem - była to dialogiczna część terapii, która zaangażowała moje własne ujawnienie się, mojej właśnej historii. Terapeuta musi być uważny, opowiadając swoje własne historie, jednak czasem może to być bardzo pomocne dla klienta - to jest prawdziwa miara. Symbolika otwartego okna również była dla niego ważna. Czuł, że się dusi, a ja przedstawiłem mu możliwość wyjścia, nawet gdy jest ukryte. To coś, nad czym moglibyśmy pracować podczas dalszej terapii. Wynikły dialog między jego dwoma częściami również był kluczowy - dwa spierające się elementy, które nigdy nie mogły dojść do porozumienia. Terapia daje im okazję do wzajemnego kontaktu, jednak wymaga to dużej ilości wsparcia ze strony terapeuty, trochę jak gdyby organizować prawdziwe spotkanie między dwiema zwaśnionymi stronami. Ważność jego ojca również odegrała wielką rolę w kompleksowości terapii. Wsparcie, które otrzymał od ojca - wliczając w to akceptację Chuana - było ważnym w jego zmianie. Zasygnalizowało to również wagę roli, jaką mogłem odegrać, "figury ojca" i w wpływu, jaki miałem, gdy okazywałem mu wsparcie.
 Laila była gruba. Na skali otyłości znajdowała się gdzieś w środku. Jak to zwykle bywa, nie przyszła bezpośrednio z tym problemem na terapię. Było to coś, co zaobserwowałem, po jakimś czasie rozmowy z nią. Temat wagi jest bardzo skomplikowany i trudny dla kobiet, podczas terapii nie powinien być pomijany. Jednak trzeba się nim zajmować z delikatnością i troską, nie twardą ręką. Laila była zainteresowana pracą nad tym tematem. Zapytałem, w którym momencie zaczęła przybierać na wadze. Powiedziała, że w collegu przez pewien czas była głodna, bo nie miała zbyt wielu pieniędzy, więc gdy jadła, to jadła bardzo dużo. Jednak to z czasem się to ustabilizowało. Nacisnąłem więc znowu, powiedziała, że po urodzeniu córki przybrała na wadze, ponieważ musiała jeść dużą ilość jedzenia podczas karmienia piersią. Jednak jej córka ma teraz 10 lat, a ona wciąż waży tyle samo. Powiedziała, że je, gdy jest zestresowana, a była zestresowana tym, że coś złego stanie się jej córce. Powiedziała też, że lubi mieć coś w ustach przez cały czaś, coś do przegryzienia. Zapewniło mi to kilka możliwych opcji do rozpoczęcia, jednak jedyną rzeczą, która wydawała się jasna, był jej lęk. Jednakże był nieco ogólnikowo przedstawiony i nie było dokładnie wiadomo, jak on działał. Spytałem, jaki rodzaj jedzenia je, w jakich ilościach, jak wiele ćwiczy. To wszystko to bardzo osadzające aspekty tej kwestii. Z tego, co mówiła wynikało, że nie je ogromnych ilości jedzenia, więc ponownie, nie było zupełnie jasne, o co chodzi. Zacząłem od bardzo praktycznego poziomu i powiedziałem jej o tym, by wskazać różnicę. Potrzebowała praktycznego wsparcia na tych trzech frontach - jakości jej jedzenia, jego ilości i zbalansowanych ćwiczeń. Podkreśliłem, że to wsparcie jest kluczem, a nie to, by samodzielnie próbowala wszystko osiągnąć. Spytałem o odżywienie - jak wiele emocjonalnego odżywienia otrzymuje z różnych sfer jej życia - pracy, przyjaciół, rodziny, zajęć. Wyglądało na to, że otrzymuje całkiem sporo odżywienia, więc jedzenie nie było odpowiedzią na jego brak. Wciąż jednak podstawowa dynamika nie była jasna. Spytałem o jej lęk: jej ojciec bał się o to, że coś jej się stanie i w jakiś sposób ona ten lęk przejęła i przeniosła go na relacje z własną córką. Wyrastało to z Pola, więc musieliśmy się tym zając z poziomu pola. Jednak zanim zdołaliśmy zacząć, powiedziała nagle - o, właśnie, moja matka zwykła mnie przekarmiać, gdy byłam małym dzieckiem. Wyjaśniła, że jej matka wpychała jej jedzenie do ust, po czym, zanim zdążyła je połknąć, wpychała jeszcze więcej. To zdarzało się bardzo regularnie i było dla niej bardzo niekomfortowe. Wybuchnęła płaczem na wspomnienie o tym. Współczułem jej i spytałem, co czuje. Złość, odpowiedziała. Zachęciłem ją więc, by wyobraziła sobie, że mówi swojej matce, używając dorosłego głosu, co chciałaby powiedzieć, jak dziecko - "Mam już dość, proszę, przestań wpychać mi jedzenie do ust". Trudnym dla niej było powiedzieć to z siłą. Zasugerowałem więc, by podniosła rękę, zasłaniając swoje usta, blokując wszystko, co się do nich dostaje. Poczuła się pełna siły. Na zadanie domowe zasugerowałem, by myślała o swojej matce za każdym razem, gdy je, pamiętała jej karmienie na siłę i sprawdzała jej reakcję. To świadome utożsamienie się z traumatycznymi wspomnieniami, umożliwi jej wypracowanie umiejętności odmowy, niż raczej znajdowania siebie, jako bezsilnego dziecka.
 Danielle opowiedziała bardzo traumatyczną historię. Zarówno ona, jak jej mąż byli nauczycielami, podróżowali wspólnie, uczyli języka angielskiego w wielu krajach. Poznali się w college'u, zdawali się być bardzo blisko, oboje kreatywni, oboje uduchowieni, zaangażowani w sztuki wyższe. Pewnego dnia on poszedł na wystawę sztuki we Francji. Jednak nie wrócił. Zdecydował, że pozostanie tam nielegalnie. Uczynił to, nie ostrzegając o tym Danielle, bez żadnej rozmowy. Było to oczywiście denerwujące. Gdy czas mijał, nic się nie zmieniało. Nie poprosił jej, by do niego dołączyła, mimo że wracał kilkukrotnie do domu. Za każdym razem ich komunikacja była wymuszona, Danielle wciąż czuła się bardzo urażona tą sytuacją. Czuła, że jej życie znajduje się w swoistym zawieszeniu, skąd ani z pewnością nie może posunąć się naprzód, ani nie potrafi rozwiązać sytuacji. Po pewnym czasie, dowiedziała się od kogoś, że on zmarł jakiś rok temu. To rozłożyło Danielle jeszcze bardziej. Nawet sam proces rozwodowy znajdowała za niezwykle trudny i to również odłożyła na później. Opisała to doświadczenie jako budunek, którego fundamenty się zawaliły, a ona leży w ich gruzach. Spędziła kolejnych 6 lat, odbudowując swoje życie, kawałek po kawałku. Była bardzo zaangażowana w praktykę duchową i filozofię, pracę nad rozwojem osobistym i poświęcała mnóstwo czasu i wysiłku, by wydostać się z tej traumy. Teraz czuje, że stąpa po solidnym gruncie, jednak kwestią było przejście do następnego związku. Była w kilku od tego czasu, jednak żaden nie przetrwał. Czuła, że teraz czuje się gotowa na poważny związek. Była w jednym obecnie, jednak nie była w stanie go pogłębić, przez jej abmiwalentne uczucia. Opisała to uczucie jako stanie nad krawędzią basenu i uczucie zamrożenia, niemożności wskoczenia. Wskazałem, że to idealny przykład, biorąc pod uwagę jej doświadczenie. Wziąłem jej metaforę i użyłem jej, by pogłębić jej świadomość. Wskazałem, że ostatnim razem, gdy zanurkowała w związek, wyglądało na to, że basen jest pełen wody, jednak w istocie tak nie było, przez co doznała dotliwych obrażań. Było zatem dla niej bardzo ważne, by sprawdzić, ile wody jest w basenie. Porównałem to do wiedzy o cieniach drugiej osoby. Spytałem, czy teraz jest lepsza w rozróżnianiu tych cieni u innych osób. Chciała się skupić na tym, czego potrzebuje, by zwracać uwagę na samą siebie, na swoje cienie. Jednak tym razem, wyjątkowo, nie chciałem tego robić. Oceniłem, że przy ogromie jej pracy, jaki włożyła w rozwój osobisty, była całkiem świadoma jej cieni i była w stanie je okiełznać. Skupiłem się więc na tym, czego ona potrzebowałaby od partnera, odciągając uwagę od niej samej. Zwykle chcę skupić uwagę na kliencie. Jednak kiedy ktoś bierze za siebie wielką odpowiedzialność, wtedy może być dobrym, gdy spojrzeli na świat na zewnątrz, by ocenili innych. To kwestia w Gestalt, gdzie nie podążamy za określoną formułą. Co jest dobre w jednej sytuacji, może się okazać niestotne w innej. "To zależy"... od poziomu rozwoju osobistego danej osoby, jej potrzeb, jej świadomości i tego, czego jej brakuje. W tym wypadku, tym, co ją ograniczało, jak to zrozumiałem, była umiejętność dostrzeżenia drugiej osoby, takiej, jaką jest, bez strachu czy fantazji. W Gestalt stawiamy na skupieniu się na tym, by osadzić osobę w jej zmysłowym doświadczeniu, jej cielesnym doświadczeniu, w "tu i teraz". Pracujemy również z metaforami; w tym przypadku było to bardzo przydatne, gdyż dało to klucz do tego, jak ruszyć naprzód. Pracując ze światem danej osoby, jej własnym językiem, daje nam bezpośredni dostęp do jej fenomenologicznego świata.
|
|
|