Wednesday, 24 December 2014
Case #39 - Silna florystka
Kiedy poprosiłem o ochotników, Fran wyskoczyła pierwsza. Odnotowałem, że wcześnie byłą pierwszą do zadawania pytań.
Raczej niż zadawanie jej pytań, zacząłem od punktu wspólnego, który z nią miałem - rzeczy, które rozpoznałem i moja odpowiedź do tych aspektów mojego doświadczenia jej.
Powiedziała, że często była pierwsza do bycia ochotnikiem i podzieliłem się tym, że ja również. To od razu zbudowało wspólny grunt między nami. Spytałem jaką pracę wykonywała - florystki, jednak powiedziała, że chciałaby otworzyć swoją kwiaciarnię i była determinowana, by osiągnąć ten sukces. Widziałem, że była błyskotliwą, pewną siebie młodą kobietą i powiedziałem jej to, kiedy słuchałem sposóbu, w jaki dzieliła się swoimi planami, wierzyłem jej.
Ponownie, to budowanie relacyjnego gruntu i rozpoznawanie, co na nim stoi.
Spytałem o jej ulubiony kwiat (by znaleźć, co było dla niej symboliczne). Odpowiedziała, że słonecznik. Odpowiedziałem, jak bardzo je lubię i co w nich lubię. Powiedziała, że lubi w nich wiele rzeczy - że są pogodne, jaskrawe, silne, wysokie...
Położyła nacisk na słowo 'silne', spytałem więc o sposoby, w który doświadcza siebie jako silnej. Wyjaśniła, że naprawdę jest silna i była zadowolona z tej cechy, czuła jednak, że kiedy wpada w złość, potrafi być destruktywna.
Zaprosiłem ją zatem do swojego rodzaju 'terapeutycznego wrestlingu', w którym staliśmy naprzeciw siebie i przepychaliśmy się na dłonie. Było to zabawne i pozwoliło jej poczuć pełną moc jej agresji w bezpieczny, zabawny i kontaktowy sposób. Eksperyment pokazał jej, że jej złość i agresja mogą być pozytywne, nie tylko negatywne. To zbudowały między nami jeszcze więcej pola do działania.
Zauważyłem, że silne kobiety nie zawsze są cenione w społeczeństwie, nazywając potencjalne wskaźniki kontekstualne, by zobaczyć, jak to na nią działa. Powiedziała, że czasem myśli, że jest zbyt silna i przytłacza ludzi. Poprosiłem o przykład, opowiedziała o taksówkarzu, który nie chciał użyć licznika i na którego nawrzeszczała. Mogłem zrozumieć jej reakcję i wskazałem na to, że mógłbym zrobić to samo. Jednak wciąż była niezadowolona z powodu utraty panowania nad sobą.
Spytałem ją zatem o kontekst, o rodzinę i kogoś z jej rodziny, kto się nie kontrolował. Powiedziała, że jej ojciec często pokazywał silne emocje, gdy ona dorastała. Jednak bardziej, niż się tego bać, sama taka się stała... dlatego też nie lubiła tracić panowania nad swoim gniewem, nawet w tak zrozumiałej sytuacji, jak w tej z taksówkarzem.
Mogłem to zrozumieć i zasugerowałem, że teraz jest już dorosła i być może mogłaby wybrać pomiędzy takimi cechami jej ojca, które chciałaby przyjąć. Umieściłem więc krzesło naprzeciw niej, reprezentując jej ojca i poprosiłem ją, by bezpośrednio z nim o tym porozmawiała, pomagając jej wyartykułować frazy, które jasno przedstawiałyby to, co ceni i chce przyjąć oraz to, co chciałaby odpuścić i czego nie chciałaby po nim powtarzać.
Poczuła ulgę po tym i czuła się lepiej z jej agresją, jako mocą, dzięki której może podejmować decyzje, niż raczej z czymś, z czym czuje się źle.
To było coś, co określamy terminem 'integracja' i który pojawia się nie tylko kognitywnie w terminach wglądu, ale częściej somatycznie, więc jest naprawdę opartą na ciele zmianą.
Raczej niż zadawanie jej pytań, zacząłem od punktu wspólnego, który z nią miałem - rzeczy, które rozpoznałem i moja odpowiedź do tych aspektów mojego doświadczenia jej.
Powiedziała, że często była pierwsza do bycia ochotnikiem i podzieliłem się tym, że ja również. To od razu zbudowało wspólny grunt między nami. Spytałem jaką pracę wykonywała - florystki, jednak powiedziała, że chciałaby otworzyć swoją kwiaciarnię i była determinowana, by osiągnąć ten sukces. Widziałem, że była błyskotliwą, pewną siebie młodą kobietą i powiedziałem jej to, kiedy słuchałem sposóbu, w jaki dzieliła się swoimi planami, wierzyłem jej.
Ponownie, to budowanie relacyjnego gruntu i rozpoznawanie, co na nim stoi.
Spytałem o jej ulubiony kwiat (by znaleźć, co było dla niej symboliczne). Odpowiedziała, że słonecznik. Odpowiedziałem, jak bardzo je lubię i co w nich lubię. Powiedziała, że lubi w nich wiele rzeczy - że są pogodne, jaskrawe, silne, wysokie...
Położyła nacisk na słowo 'silne', spytałem więc o sposoby, w który doświadcza siebie jako silnej. Wyjaśniła, że naprawdę jest silna i była zadowolona z tej cechy, czuła jednak, że kiedy wpada w złość, potrafi być destruktywna.
Zaprosiłem ją zatem do swojego rodzaju 'terapeutycznego wrestlingu', w którym staliśmy naprzeciw siebie i przepychaliśmy się na dłonie. Było to zabawne i pozwoliło jej poczuć pełną moc jej agresji w bezpieczny, zabawny i kontaktowy sposób. Eksperyment pokazał jej, że jej złość i agresja mogą być pozytywne, nie tylko negatywne. To zbudowały między nami jeszcze więcej pola do działania.
Zauważyłem, że silne kobiety nie zawsze są cenione w społeczeństwie, nazywając potencjalne wskaźniki kontekstualne, by zobaczyć, jak to na nią działa. Powiedziała, że czasem myśli, że jest zbyt silna i przytłacza ludzi. Poprosiłem o przykład, opowiedziała o taksówkarzu, który nie chciał użyć licznika i na którego nawrzeszczała. Mogłem zrozumieć jej reakcję i wskazałem na to, że mógłbym zrobić to samo. Jednak wciąż była niezadowolona z powodu utraty panowania nad sobą.
Spytałem ją zatem o kontekst, o rodzinę i kogoś z jej rodziny, kto się nie kontrolował. Powiedziała, że jej ojciec często pokazywał silne emocje, gdy ona dorastała. Jednak bardziej, niż się tego bać, sama taka się stała... dlatego też nie lubiła tracić panowania nad swoim gniewem, nawet w tak zrozumiałej sytuacji, jak w tej z taksówkarzem.
Mogłem to zrozumieć i zasugerowałem, że teraz jest już dorosła i być może mogłaby wybrać pomiędzy takimi cechami jej ojca, które chciałaby przyjąć. Umieściłem więc krzesło naprzeciw niej, reprezentując jej ojca i poprosiłem ją, by bezpośrednio z nim o tym porozmawiała, pomagając jej wyartykułować frazy, które jasno przedstawiałyby to, co ceni i chce przyjąć oraz to, co chciałaby odpuścić i czego nie chciałaby po nim powtarzać.
Poczuła ulgę po tym i czuła się lepiej z jej agresją, jako mocą, dzięki której może podejmować decyzje, niż raczej z czymś, z czym czuje się źle.
To było coś, co określamy terminem 'integracja' i który pojawia się nie tylko kognitywnie w terminach wglądu, ale częściej somatycznie, więc jest naprawdę opartą na ciele zmianą.
Monday, 15 December 2014
Case #38 - Kobieta, która zawiodła
Zmartwieniem Jemmy była porażka. Zawodziła we wszystkim - miała 5 wypadków, pracując dla jednej z fim, popełniła kilka błędów obliczeniowych dla kolejnej, itd., itd., czuła się, jakby była jedną wielką porażką.
Kiedy podniosła to zmarwienie, byłem uważny. Opowiadała opowieść za opowieścią, z jednej, przechodząc w drugą. Była płaczliwa, chwiejna i widziałem, że mogłem z nią pracować godzinami i nigdzie nie dojść. Wspomniała również o problemach z jej rodzicami, po wyprowadzce, czuła się na nich bardzo zła, podejrzliwa wobec ojca i jego motywacji. Jasnym było, że desperacko potrzebuje pomocy i desperacja mnie odpychała. Poczułem, że reaguję, chcąc się wycofać.
Wiedziałem zatem, że muszę przejść do samego serca problemu, włączając w to mnie. Powiedziałem - zmierzmy się więc z porażką; dzieje się ona teraz - właśnie wspólnie zawodzimy - Twój styl ma wpływ na mnie. Kiwnęła głową - mogła poczuć, że tak zareagowałem, co oczywiście nie było obcym jej doświadczeniem.
Pierwszym krokiem dla kogoś zamkniętego w autodestruktywnym sposobie bycia jest przeniesienie wszystkiego do teraźniejszości, niż raczej słuchanie o 'tym' historyjek. A najlepszym na to sposobem jest dostrzeżenie, jak to widnieje w kontekście relacji.
Poprosiłem ją, by zagrała ze mną w małą gierkę. Chciałem, by zgadła, jak reagowałem na jej porażkę wobec mnie - po każdym z dwóch zgadnięć powiem jej czy trafiła, czy też nie.
Zgadła, że robię wszystko, by być cierpliwym. Powiedziałem, że nie. Zgadła, że czuję wobec niej litość. Powiedziałem, że nie.
Powiedziałem jej - czuję się Tobą poirytowany.
Potem poprosiłem ją, by zgadła, jakie to dla mnie uczucie. Zgadła, że tłumiłem te emocje. Powiedziałem, że to tylko po części prawda. Zgadła, że czułem to w moim brzuchu i klatce piersiowej.
Potem powiedziałem jej, że faktycznie czułem wobec niej złość i że czułem ją w klatce piersiowej, jako rodzaj wewnętrznego ucisku.
Poprosiłem ją, by wykonała ten eksperyment, ponieważ chciałem wydobyć ją z jej bagna żalu wobec siebie i zamknięcia w 'zasadzie porażki'. Chciałem widzieć, że współtworzyła ten eksperyment i że tak właściwie nie była jedną, która cierpiała. Było to okropne również dla mnie. Poprosiłem ją również dlatego, że miała wyraźnie paranoidalny stosunek (wobec ojca) i lepiej było dokładnie poćwiczyć 'zgadywanki' i mieć szansę być poprawioną, niż być odizolowaną w jej projekcjach.
Następnie poprosiłem ją o zamianę miejsc. Będę nią i vice versa. Byłem zatem smutny, przybity, czułem się jak porażka, a ona była na mnie zła.
Odnotowała odnośnie swojej roli: "Jestem jak moi rodzice - pouczający, krzyczący, krytykujący, dołujący mnie, zmuszający mnie do udawania".
Było to użyteczne, bo ponownie, wyciągnęło ją to z zastałej części jej biegunowości, dając jej większe doświadczalnie poczucie tego, co się dzieje.
Przedstawiłem jej potem metaforę rekrutacji - to tak, jakby ona zatrudniła mnie do pracy, bym był na nią zły i zrobiła to tak skutecznie, że w ciągu minuty słuchania jej, faktycznie poczułem się zły. Wskazałem również na to, że w pewnym stopniu zgodziłem się na odegranie drugiej strony i była to sadystyczna część mnie, na którą przyzwoliłem.
Wyjaśniłem, że to gra dwuosobowa. Powiedziała - właściwie to, gdy odgrywała tę złą, przypomniało to jej presję, która pochodziła również ze strony jej dziadków.
Tak więc działało jej pole.
Przedstawiłem jej kolejną metaforę: scenariusz i aktorów, chcących grać. Napisała sceneriusz na podstawie każdego z obszarów jej życia. Zgodziła się. Zarysowała to, o co chodziło w jej polu, niż raczej ubierała swoje problemy w poszczególne terminy, podkreśliła swoją kompulsywną i nieubłagalnie repetytywną naturę jej doświadczenia i innych wokół niej, w tym procesie wymiany.
Zachęciłem ją, by wybrała którykolwiek ze znanych dramatów, który znała, z postaciami, które podobne byłyby do jej osobistego pola. Opisała jednen konkretny dramat, w którym występowały postacie dokładnie takie, o jakich właśnie wspominaliśmy.
Potem poprosiłem ją o kolejny przykład innej historii - filmu lub sztuki, gdzie był inny scenariusz. Tutaj starałem się spojrzeć szerzej, do innych środków w polu, innych sposobach bycia. Wybrała Harrego Pottera, spytałem ją, którą postacią chciałaby być, odpowiedziała, że Harrym.
Poprosiłem ją więc, by spojrzała na mnie wzrokiem Harrego Pottera. To dlatego, że kiedy pierwszy raz napisała scenariusz, ofiara posługiwała się zawsze tylko oczami - spojrzała na mnie w bardzo szczególny sposób.
Spróbowała tego eksperymentu i kiedy zbadaliśmy naturę Harrego Pottera w filmach - jego niezdolność do bycia zabitym, etc,, zaczęła czuć się pewniej w jego przebraniu.
Poczuła zmianę w jej tożsamości i ostatecznie, doświadczyłem ją inaczej.
By przejść przez cały ten proces wymagało to ode mnie bycia bardzo blisko niej i bycie szczerym w każdej sytuacji. Pracowałem z relacją, z różnymi eksperymentami, którym ostatni był 'zmieniaczem położenia'... wymagał jednak wszystkiego, co zaszło wcześniej.
Kiedy podniosła to zmarwienie, byłem uważny. Opowiadała opowieść za opowieścią, z jednej, przechodząc w drugą. Była płaczliwa, chwiejna i widziałem, że mogłem z nią pracować godzinami i nigdzie nie dojść. Wspomniała również o problemach z jej rodzicami, po wyprowadzce, czuła się na nich bardzo zła, podejrzliwa wobec ojca i jego motywacji. Jasnym było, że desperacko potrzebuje pomocy i desperacja mnie odpychała. Poczułem, że reaguję, chcąc się wycofać.
Wiedziałem zatem, że muszę przejść do samego serca problemu, włączając w to mnie. Powiedziałem - zmierzmy się więc z porażką; dzieje się ona teraz - właśnie wspólnie zawodzimy - Twój styl ma wpływ na mnie. Kiwnęła głową - mogła poczuć, że tak zareagowałem, co oczywiście nie było obcym jej doświadczeniem.
Pierwszym krokiem dla kogoś zamkniętego w autodestruktywnym sposobie bycia jest przeniesienie wszystkiego do teraźniejszości, niż raczej słuchanie o 'tym' historyjek. A najlepszym na to sposobem jest dostrzeżenie, jak to widnieje w kontekście relacji.
Poprosiłem ją, by zagrała ze mną w małą gierkę. Chciałem, by zgadła, jak reagowałem na jej porażkę wobec mnie - po każdym z dwóch zgadnięć powiem jej czy trafiła, czy też nie.
Zgadła, że robię wszystko, by być cierpliwym. Powiedziałem, że nie. Zgadła, że czuję wobec niej litość. Powiedziałem, że nie.
Powiedziałem jej - czuję się Tobą poirytowany.
Potem poprosiłem ją, by zgadła, jakie to dla mnie uczucie. Zgadła, że tłumiłem te emocje. Powiedziałem, że to tylko po części prawda. Zgadła, że czułem to w moim brzuchu i klatce piersiowej.
Potem powiedziałem jej, że faktycznie czułem wobec niej złość i że czułem ją w klatce piersiowej, jako rodzaj wewnętrznego ucisku.
Poprosiłem ją, by wykonała ten eksperyment, ponieważ chciałem wydobyć ją z jej bagna żalu wobec siebie i zamknięcia w 'zasadzie porażki'. Chciałem widzieć, że współtworzyła ten eksperyment i że tak właściwie nie była jedną, która cierpiała. Było to okropne również dla mnie. Poprosiłem ją również dlatego, że miała wyraźnie paranoidalny stosunek (wobec ojca) i lepiej było dokładnie poćwiczyć 'zgadywanki' i mieć szansę być poprawioną, niż być odizolowaną w jej projekcjach.
Następnie poprosiłem ją o zamianę miejsc. Będę nią i vice versa. Byłem zatem smutny, przybity, czułem się jak porażka, a ona była na mnie zła.
Odnotowała odnośnie swojej roli: "Jestem jak moi rodzice - pouczający, krzyczący, krytykujący, dołujący mnie, zmuszający mnie do udawania".
Było to użyteczne, bo ponownie, wyciągnęło ją to z zastałej części jej biegunowości, dając jej większe doświadczalnie poczucie tego, co się dzieje.
Przedstawiłem jej potem metaforę rekrutacji - to tak, jakby ona zatrudniła mnie do pracy, bym był na nią zły i zrobiła to tak skutecznie, że w ciągu minuty słuchania jej, faktycznie poczułem się zły. Wskazałem również na to, że w pewnym stopniu zgodziłem się na odegranie drugiej strony i była to sadystyczna część mnie, na którą przyzwoliłem.
Wyjaśniłem, że to gra dwuosobowa. Powiedziała - właściwie to, gdy odgrywała tę złą, przypomniało to jej presję, która pochodziła również ze strony jej dziadków.
Tak więc działało jej pole.
Przedstawiłem jej kolejną metaforę: scenariusz i aktorów, chcących grać. Napisała sceneriusz na podstawie każdego z obszarów jej życia. Zgodziła się. Zarysowała to, o co chodziło w jej polu, niż raczej ubierała swoje problemy w poszczególne terminy, podkreśliła swoją kompulsywną i nieubłagalnie repetytywną naturę jej doświadczenia i innych wokół niej, w tym procesie wymiany.
Zachęciłem ją, by wybrała którykolwiek ze znanych dramatów, który znała, z postaciami, które podobne byłyby do jej osobistego pola. Opisała jednen konkretny dramat, w którym występowały postacie dokładnie takie, o jakich właśnie wspominaliśmy.
Potem poprosiłem ją o kolejny przykład innej historii - filmu lub sztuki, gdzie był inny scenariusz. Tutaj starałem się spojrzeć szerzej, do innych środków w polu, innych sposobach bycia. Wybrała Harrego Pottera, spytałem ją, którą postacią chciałaby być, odpowiedziała, że Harrym.
Poprosiłem ją więc, by spojrzała na mnie wzrokiem Harrego Pottera. To dlatego, że kiedy pierwszy raz napisała scenariusz, ofiara posługiwała się zawsze tylko oczami - spojrzała na mnie w bardzo szczególny sposób.
Spróbowała tego eksperymentu i kiedy zbadaliśmy naturę Harrego Pottera w filmach - jego niezdolność do bycia zabitym, etc,, zaczęła czuć się pewniej w jego przebraniu.
Poczuła zmianę w jej tożsamości i ostatecznie, doświadczyłem ją inaczej.
By przejść przez cały ten proces wymagało to ode mnie bycia bardzo blisko niej i bycie szczerym w każdej sytuacji. Pracowałem z relacją, z różnymi eksperymentami, którym ostatni był 'zmieniaczem położenia'... wymagał jednak wszystkiego, co zaszło wcześniej.
Monday, 8 December 2014
Case #37 - Włócznia drażniąca i włócznia ochronna
Zgadywałem, że Celia jest po trzydziestce, choć faktycznie miała 51 lat i kilkoro dzieci. Godne zauważenia było to, jak ciężkie było jej życie, a pomimo tego wydawała się być spokojna - toteż wyglądała bardzo młodo. Były to rzeczy, których nie miałem miejsca bada, jednak zanotowałem je na przyszłość. Zawsze ważnym jest, by rozpoznać natychmiastowe impresje i nawet ze znanymi klientami 'spoglądać na nich świeżym okiem', by dostrzec rozbierzności lub rzeczy cenne terapeutycznie.
Problemem, z którym do mnie przyszła był strach przed wejściem w tryb pracy, który trenowała od minionych dziecięciu lat. Chciała być pracownikiem społecznym i teraz, gdy jej dzieci opuściły dom, było to jej głównym celem.
Raczej niż próbować pracować z jej pewnością siebie czy odnajdywać jej lęki, chciałem znaleźć jej kontekst - wsparcie w jej środowisku, które by mi w tym pomogło. Miała profesjonalne wsparcie ze strony grupy pracowników społecznych, więc nie było to problemem.
Jednakże jej mąż powiedział, że zażąda rozwodu, jeśli ona w to wejdzie i zajmie się profesjonalną pracą. Była to zdecydowanie silna reakcja, jednak nie do końca zaskakująca, ze względu na partriarchalną kulturę, w której rzecz miała miejsce.
Jednak, gdy zapytałem później, dowiedziałem się, że miała do czynienia z przemocą domową w jej związku od lat.
Zdziwiło mnie to, że pomimo dziesięciu lat studiów i terapeutycznych zajęć, związanych z jej aspiracjami na bycie pracownikiem społecznym, to ani się nie pokazało, ani żaden z jej nauczycieli nie poczuł się odpowiedzialny ku temu, by sprawdzić z czym ma do czynienia.
W terapii ważnym jest nie tylko skupienie się na emocjach, lecz również kontekst, szczególnie gdy kontekst jest aktualnie obraźliwy. To musi być głównym celem terapii.
Byłem więc niechętny zmaganiu się z jej innymi problemami, dopóki źródło tego wszystkiego - jej zrozumiały strach - zostanie zlokalizowany. Powiedziała, że przemoc ustała ostatnio.
Opowiedziałem jej o swoich uczuciach, gdy z nią usiadłem - otwarty w stosunku do niej, czując się bardzo związany z powagą jej problemów, chcąc ją wesprzeć, ale przy tym będąc bardzo ostrożnym, chcącym postępować tak, by respektować jej granice.
Zauważyłem, że ten lęk był niemal 'członkiem jej rodziny'. Zgodziła się. Poprosiłem ją, by nadała tożsamość temu strachu - powiedziała o figurze w czarnym ubraniu, o wielkich oczach, uśmiechu i z włócznią. Opisała ją jako 'dziwaczną'.
Poprosiłem ją o więcej szczegółów - jak wyglądały jej ubrania. Naprawdę chciałem, by ustabilizowała jej kontakt ze strachem. Zachęciłem ją do uczestnictwa w eksperymencie Gestalt: do 'bycia' strachem - by pokazała mi jak strach stał, z jego włócznią i wielkimi oczyma.
Zrobiła tak - a ja zrobiłem to z nią. Często dobrze jest wykonywać takie eksperymenty z klientem.
Potem poprosiłem ją, by znów usiadła - nie chciałem poświęcać zbyt wiele czasu na to. Opisywanie, bycie tym było w istocie świetną rzeczą.
Powiedziała, że poczuła, że wiele jej dałem w tym procesie i była niechętna, by przyjąć więcej - tak, jakby musiała dać mi coś w zamian. Wyjaśniła, że była nauczona, by 'być' dla mężczyzn i pomimo tego, że buntowała się przeciw temu, jako dziewczyna, stało się to częścią jej uwarunkowania.
Posunąłem się więc naprzód z tą sytuacją i zatrzymałem się. Powiedziałem, 'ok, co zatem chciałabyś mi dać w zamian; jestem otwarty na odbiór". Siedzieliśmy w ciszy, po czym powiedziała, że chciałaby mi dać wyrazy wdzięczności za to, co dla niej dotąd zrobiłem.
Po wyrażeniu tego, znów poczuła się ze mną bezpiecznie, gotowa by kontynuwoać. To bardzo ważne, by słuchać dokładnie tego, co dzieje się z klientem, chwila po chwili, i być z nimi w każdej sytuacji, podążając ich rytmem.
Spytałem, gdzie teraz był jej strach - odpowiedziała, że wewnątrz niej. Powiedziała, że to włócznia, która kłuje ją w mózg, raniąc ją.
Przeszedłem do trybu bezpośredniej relacyjności. Powiedziałem, że jest mi smutno z powodu bólu, jaki odczuwa, dogłębnie smutny. Chciałem ją 'uratować', chronić ją, jednak nie wiedziałem jak to zrobić.
Była bardzo poruszona i siedzieliśmy tak razem połączeni w ciszy. Była to kluczowa zmiana - ktoś, kto się nią przejmował, kto mógł z nią być, chronić ją, jednak nie śpiesząc z naprawianiem rzeczy.
Było moment 'Ja-Ty', dwoje ludzkich istot w pełni połączonych. Ja byłem terapeutą, a ona była klientką, jednak w tym momencie byliśmy dwojgiem ludzi, siedzących naprzeciw siebie i dogłębny ból sytuacji. Wziąłem do siebie bardzo poważnie jej ból - nie jako zabawny eksperyment, nie jako figurę strachu, ale jako fakt, jak kilka dekad pełnej strachu przemocy.
Siedząc w tym miejscu, z otwartymi sercami. Byłem dogłębnie poruszony, tak samo, jak ona. Oboje to wyraziliśmy.
Potem powiedziałem - cóż, mam również włócznię, to włócznia ochrony. Zachęciłem ją, by mnie 'przyjęła', razem z moją włócznią, prosto do jej serca.
Zrobiła to z łatwością, ze łzami w oczach. Czuła się bezpieczna i pod opieką.
Miało to związek z 'obiektem jaźni' - przyjmując 'mnie' do siebie, znaczyło, że posiadała w sobie figurę autorytetu, która istnaiła DLA niej, jako że jej poprzednie doświadczenie autorytetu wzrastało w spętaniu i wymagało się od niej bycia DLA mężczyzn w jej życiu.
Pomimo tego, że nic wielkiego nie 'stało się' w tej terapii, miało to jednak na ną wielki wpływ. Na koniec spytałem ją, gdzie znajdował się jej strach w relacji do jej nowego zawodu. Powiedziała, że nie czuła się już zastraszona. Spytałem - nawet kosztem rozwodu? Odpowiedziała, że tak.
Teraz pozostała tylko jedna rzecz do pracy w przyszłej terapii, czyli praca nad relacjami i radzenia sobie z nimi po długiej fazie doświadczania przemocy. Chciałbym mieć na to oko, jako że to wciąż możliwe, by odwróciło się to w stronę przemoc i jako profesjonalista, jak również troskliwa osoba, chciałem mieć pewność, że nie jestem żadną z części tego cyklu.
Problemem, z którym do mnie przyszła był strach przed wejściem w tryb pracy, który trenowała od minionych dziecięciu lat. Chciała być pracownikiem społecznym i teraz, gdy jej dzieci opuściły dom, było to jej głównym celem.
Raczej niż próbować pracować z jej pewnością siebie czy odnajdywać jej lęki, chciałem znaleźć jej kontekst - wsparcie w jej środowisku, które by mi w tym pomogło. Miała profesjonalne wsparcie ze strony grupy pracowników społecznych, więc nie było to problemem.
Jednakże jej mąż powiedział, że zażąda rozwodu, jeśli ona w to wejdzie i zajmie się profesjonalną pracą. Była to zdecydowanie silna reakcja, jednak nie do końca zaskakująca, ze względu na partriarchalną kulturę, w której rzecz miała miejsce.
Jednak, gdy zapytałem później, dowiedziałem się, że miała do czynienia z przemocą domową w jej związku od lat.
Zdziwiło mnie to, że pomimo dziesięciu lat studiów i terapeutycznych zajęć, związanych z jej aspiracjami na bycie pracownikiem społecznym, to ani się nie pokazało, ani żaden z jej nauczycieli nie poczuł się odpowiedzialny ku temu, by sprawdzić z czym ma do czynienia.
W terapii ważnym jest nie tylko skupienie się na emocjach, lecz również kontekst, szczególnie gdy kontekst jest aktualnie obraźliwy. To musi być głównym celem terapii.
Byłem więc niechętny zmaganiu się z jej innymi problemami, dopóki źródło tego wszystkiego - jej zrozumiały strach - zostanie zlokalizowany. Powiedziała, że przemoc ustała ostatnio.
Opowiedziałem jej o swoich uczuciach, gdy z nią usiadłem - otwarty w stosunku do niej, czując się bardzo związany z powagą jej problemów, chcąc ją wesprzeć, ale przy tym będąc bardzo ostrożnym, chcącym postępować tak, by respektować jej granice.
Zauważyłem, że ten lęk był niemal 'członkiem jej rodziny'. Zgodziła się. Poprosiłem ją, by nadała tożsamość temu strachu - powiedziała o figurze w czarnym ubraniu, o wielkich oczach, uśmiechu i z włócznią. Opisała ją jako 'dziwaczną'.
Poprosiłem ją o więcej szczegółów - jak wyglądały jej ubrania. Naprawdę chciałem, by ustabilizowała jej kontakt ze strachem. Zachęciłem ją do uczestnictwa w eksperymencie Gestalt: do 'bycia' strachem - by pokazała mi jak strach stał, z jego włócznią i wielkimi oczyma.
Zrobiła tak - a ja zrobiłem to z nią. Często dobrze jest wykonywać takie eksperymenty z klientem.
Potem poprosiłem ją, by znów usiadła - nie chciałem poświęcać zbyt wiele czasu na to. Opisywanie, bycie tym było w istocie świetną rzeczą.
Powiedziała, że poczuła, że wiele jej dałem w tym procesie i była niechętna, by przyjąć więcej - tak, jakby musiała dać mi coś w zamian. Wyjaśniła, że była nauczona, by 'być' dla mężczyzn i pomimo tego, że buntowała się przeciw temu, jako dziewczyna, stało się to częścią jej uwarunkowania.
Posunąłem się więc naprzód z tą sytuacją i zatrzymałem się. Powiedziałem, 'ok, co zatem chciałabyś mi dać w zamian; jestem otwarty na odbiór". Siedzieliśmy w ciszy, po czym powiedziała, że chciałaby mi dać wyrazy wdzięczności za to, co dla niej dotąd zrobiłem.
Po wyrażeniu tego, znów poczuła się ze mną bezpiecznie, gotowa by kontynuwoać. To bardzo ważne, by słuchać dokładnie tego, co dzieje się z klientem, chwila po chwili, i być z nimi w każdej sytuacji, podążając ich rytmem.
Spytałem, gdzie teraz był jej strach - odpowiedziała, że wewnątrz niej. Powiedziała, że to włócznia, która kłuje ją w mózg, raniąc ją.
Przeszedłem do trybu bezpośredniej relacyjności. Powiedziałem, że jest mi smutno z powodu bólu, jaki odczuwa, dogłębnie smutny. Chciałem ją 'uratować', chronić ją, jednak nie wiedziałem jak to zrobić.
Była bardzo poruszona i siedzieliśmy tak razem połączeni w ciszy. Była to kluczowa zmiana - ktoś, kto się nią przejmował, kto mógł z nią być, chronić ją, jednak nie śpiesząc z naprawianiem rzeczy.
Było moment 'Ja-Ty', dwoje ludzkich istot w pełni połączonych. Ja byłem terapeutą, a ona była klientką, jednak w tym momencie byliśmy dwojgiem ludzi, siedzących naprzeciw siebie i dogłębny ból sytuacji. Wziąłem do siebie bardzo poważnie jej ból - nie jako zabawny eksperyment, nie jako figurę strachu, ale jako fakt, jak kilka dekad pełnej strachu przemocy.
Siedząc w tym miejscu, z otwartymi sercami. Byłem dogłębnie poruszony, tak samo, jak ona. Oboje to wyraziliśmy.
Potem powiedziałem - cóż, mam również włócznię, to włócznia ochrony. Zachęciłem ją, by mnie 'przyjęła', razem z moją włócznią, prosto do jej serca.
Zrobiła to z łatwością, ze łzami w oczach. Czuła się bezpieczna i pod opieką.
Miało to związek z 'obiektem jaźni' - przyjmując 'mnie' do siebie, znaczyło, że posiadała w sobie figurę autorytetu, która istnaiła DLA niej, jako że jej poprzednie doświadczenie autorytetu wzrastało w spętaniu i wymagało się od niej bycia DLA mężczyzn w jej życiu.
Pomimo tego, że nic wielkiego nie 'stało się' w tej terapii, miało to jednak na ną wielki wpływ. Na koniec spytałem ją, gdzie znajdował się jej strach w relacji do jej nowego zawodu. Powiedziała, że nie czuła się już zastraszona. Spytałem - nawet kosztem rozwodu? Odpowiedziała, że tak.
Teraz pozostała tylko jedna rzecz do pracy w przyszłej terapii, czyli praca nad relacjami i radzenia sobie z nimi po długiej fazie doświadczania przemocy. Chciałbym mieć na to oko, jako że to wciąż możliwe, by odwróciło się to w stronę przemoc i jako profesjonalista, jak również troskliwa osoba, chciałem mieć pewność, że nie jestem żadną z części tego cyklu.
Thursday, 27 November 2014
Case #36 - Kobieta, która niczego nie czuła
Brenda powiedziała o tym, że nie posiada jasnej tożsamości - łatwo traci poczucie granic i utożsamia się zbytnio z innymi.
Mówiła również o byciu wstydliwą, nielubieniu bycia fotografowaną czy znajdowaniu się w centrum uwagi.
Były to wyznaczniki potrzeby bycia traktowanym ostrożnie i czule oraz ostrzeżenia przez potencjalnymi problemami z poczuciem wstydu (związanymi z ekspozycją).
Dałem jej do zrozumienia, że nie zamierzam sięgać głębiej, niż czułaby się źle.
Zwróciłem uwagę, że jesteśmy przed grupą ludzi i spytałem jej jak się z tym czuje. Powiedziała, że patrzą na nią, lecz nie czuje się, jakby była zauważona.Spytałem czy to dlatego, że mają o niej znikomą wiedzę, czy też dlatego, że się ukrywała. Powiedziała, że obie te rzeczy.
Pomogło mi to wprowadzić relacyjną dynamikę. Wróciłem więc do niej i mnie - patrzyłem na nią, ale ukrywała się również przede mną. Powiedziała, że tak, że robi tak przed każdym.
Powoduje to oczywiście pewien relacyjny impas - część niej pragnie być zobaczoną, ale druga część na to nie pozwala. Było to dla mnie ostrzeżenie, że powinienem postępować ostrożnie albo po prostu się zdenerwuję i utknę w tej dynamice.
Zatem zamiast badania, powiedziałem jej o rzeczach, które przede mną odsłoniła - fragmenty infromacji z jej życia prywatnego. Odnotowałem również to, co zobaczyłem - na przykład kolory ubrań, które nosiła.
Stworzyło to nieco przestrzeni pomiędzy nami, bez zadawania dalszych pytań, co znaczyło, że jestem obecny z tym, czym się dzieli i z tym, co czyni dostępnym. W sytuacjach wstydu ważnym jest, by dzielić się raczej swoimi przeżyciami, niż badać zbyt wnikliwie drugą osobę.
Mimo tego jej oczy były szkliste i odnotowała, że zbacza z kursu. Znaczyło to, że kontaktu było zbyt wiele. Spytałem ją zatem dokąd zbacza... powiedziała, że w miejsce o niezliczonych światach, minionych życiach.
Znaczyło to dla mnie dysocjację, zatem względy bezpieczeństwa były tu najważniejsze.
Zasugerowałem, że w istocie może odpłynąć w senny stan i że ja też mógłbym, mógłbym też poprosić całą grupę, by przeszli w senny stan i moglibyśmy siedzieć wspólnie - w naszych sennych miejscach.
Ta sugestia wzmogła w niej działanie i zachęciło ją do posunięcia się w tym kierunku. W Gestalt nazywamy to paradoksalną teorią zmiany - bycie z tym 'co jest' i opierać się na tym.
Powiedziała 'nie czuję niczego'.
Innymi słowy była zupełnie rozdzielona. W takiej sytuacji tylko określony typ kontaktu jest możliwy.
Spytałem ją jakiego rodzaju wsparcia potrzebuje, by czuć się bezpieczniej. Powiedziała - nie chcę zostać zauważoną.
Powiedziałem zatem, że nie będę na nią patrzył i w tym momencie wyraziłem smutek - jeśli nie będę wcale na nią patrzył, starał się jej nie widzieć, jej ukrywanie uda się w zupełności. Powiedziałem, że czuję ciepło w stosunku do niej, jednak nie potrafię znaleźć sposobu, by ją dosięgnąć.
Brenda spojrzała na mnie i powiedziała 'nie lubię otrzymywać wsparcia'.
Była to dla mnie wskazówka, która dała mi kierunek, w którym powinienem podążać.
Zaproponowałem eksperyment - ma trzymać obie ręce - jedną odpychać, a drugą trzymać otwartą, by przyjmować wsparcie.
Zrobiliśmy to i była w stanie przyjąć wsparcie - powoli dotarłem swoją dłonią do jej otwartej dłoni i przytrzymałem ją.
Potem odnotowała, że poczuła 'moc', która kazała jej nie odczuwać. Poprosiłem, by ktoś stanął naprzeciw nas, kto reprezentowałby tę moc. Nie mogła/nie chciała zidentyfikować kogo mogłaby reprezentować, co było w porządku.
Poprosiłem ją więc by wyraziła stwierdzenie do mocy. Powiedziała 'posłucham cię, jeśli będzie to dla mnie użyteczne i pozwolę sobie poczuć wsparcie'.
Było to stwierdzenie dyferencjacji i integracji.
Mogła sobie pozwolić na czucie, na przyjęcie wsparcia, wejście w relację, być zauważoną w tym miejscu i mieć poczucie wyboru.
Praca była żmudna i wymagała ode mnie ciągłego respektowania jej granic, nie zaprzęgania zbyt wielu detali, nawet tego, co czuła... nie poddałem się jednak. Zazwyczaj ludzie regują na kogoś, kto ustala tego rodzaju granice prywatności - albo poprzez wycofanie się, albo wyłączenie się z rozmowy lub też przez przytłoczenie tej osoby zainteresowanie lub nawet serdecznością. To, co jest potrzebne, to neutralna prezencja, z odpowiednią ilością ciepła, jednak nie zbyt wiele; z odpowiednim zainteresowaniem, jednak nie zbyt wielkim - nazywamy to dostrojeniem (attunement) i jest to kluczowa relacyjna.
Mówiła również o byciu wstydliwą, nielubieniu bycia fotografowaną czy znajdowaniu się w centrum uwagi.
Były to wyznaczniki potrzeby bycia traktowanym ostrożnie i czule oraz ostrzeżenia przez potencjalnymi problemami z poczuciem wstydu (związanymi z ekspozycją).
Dałem jej do zrozumienia, że nie zamierzam sięgać głębiej, niż czułaby się źle.
Zwróciłem uwagę, że jesteśmy przed grupą ludzi i spytałem jej jak się z tym czuje. Powiedziała, że patrzą na nią, lecz nie czuje się, jakby była zauważona.Spytałem czy to dlatego, że mają o niej znikomą wiedzę, czy też dlatego, że się ukrywała. Powiedziała, że obie te rzeczy.
Pomogło mi to wprowadzić relacyjną dynamikę. Wróciłem więc do niej i mnie - patrzyłem na nią, ale ukrywała się również przede mną. Powiedziała, że tak, że robi tak przed każdym.
Powoduje to oczywiście pewien relacyjny impas - część niej pragnie być zobaczoną, ale druga część na to nie pozwala. Było to dla mnie ostrzeżenie, że powinienem postępować ostrożnie albo po prostu się zdenerwuję i utknę w tej dynamice.
Zatem zamiast badania, powiedziałem jej o rzeczach, które przede mną odsłoniła - fragmenty infromacji z jej życia prywatnego. Odnotowałem również to, co zobaczyłem - na przykład kolory ubrań, które nosiła.
Stworzyło to nieco przestrzeni pomiędzy nami, bez zadawania dalszych pytań, co znaczyło, że jestem obecny z tym, czym się dzieli i z tym, co czyni dostępnym. W sytuacjach wstydu ważnym jest, by dzielić się raczej swoimi przeżyciami, niż badać zbyt wnikliwie drugą osobę.
Mimo tego jej oczy były szkliste i odnotowała, że zbacza z kursu. Znaczyło to, że kontaktu było zbyt wiele. Spytałem ją zatem dokąd zbacza... powiedziała, że w miejsce o niezliczonych światach, minionych życiach.
Znaczyło to dla mnie dysocjację, zatem względy bezpieczeństwa były tu najważniejsze.
Zasugerowałem, że w istocie może odpłynąć w senny stan i że ja też mógłbym, mógłbym też poprosić całą grupę, by przeszli w senny stan i moglibyśmy siedzieć wspólnie - w naszych sennych miejscach.
Ta sugestia wzmogła w niej działanie i zachęciło ją do posunięcia się w tym kierunku. W Gestalt nazywamy to paradoksalną teorią zmiany - bycie z tym 'co jest' i opierać się na tym.
Powiedziała 'nie czuję niczego'.
Innymi słowy była zupełnie rozdzielona. W takiej sytuacji tylko określony typ kontaktu jest możliwy.
Spytałem ją jakiego rodzaju wsparcia potrzebuje, by czuć się bezpieczniej. Powiedziała - nie chcę zostać zauważoną.
Powiedziałem zatem, że nie będę na nią patrzył i w tym momencie wyraziłem smutek - jeśli nie będę wcale na nią patrzył, starał się jej nie widzieć, jej ukrywanie uda się w zupełności. Powiedziałem, że czuję ciepło w stosunku do niej, jednak nie potrafię znaleźć sposobu, by ją dosięgnąć.
Brenda spojrzała na mnie i powiedziała 'nie lubię otrzymywać wsparcia'.
Była to dla mnie wskazówka, która dała mi kierunek, w którym powinienem podążać.
Zaproponowałem eksperyment - ma trzymać obie ręce - jedną odpychać, a drugą trzymać otwartą, by przyjmować wsparcie.
Zrobiliśmy to i była w stanie przyjąć wsparcie - powoli dotarłem swoją dłonią do jej otwartej dłoni i przytrzymałem ją.
Potem odnotowała, że poczuła 'moc', która kazała jej nie odczuwać. Poprosiłem, by ktoś stanął naprzeciw nas, kto reprezentowałby tę moc. Nie mogła/nie chciała zidentyfikować kogo mogłaby reprezentować, co było w porządku.
Poprosiłem ją więc by wyraziła stwierdzenie do mocy. Powiedziała 'posłucham cię, jeśli będzie to dla mnie użyteczne i pozwolę sobie poczuć wsparcie'.
Było to stwierdzenie dyferencjacji i integracji.
Mogła sobie pozwolić na czucie, na przyjęcie wsparcia, wejście w relację, być zauważoną w tym miejscu i mieć poczucie wyboru.
Praca była żmudna i wymagała ode mnie ciągłego respektowania jej granic, nie zaprzęgania zbyt wielu detali, nawet tego, co czuła... nie poddałem się jednak. Zazwyczaj ludzie regują na kogoś, kto ustala tego rodzaju granice prywatności - albo poprzez wycofanie się, albo wyłączenie się z rozmowy lub też przez przytłoczenie tej osoby zainteresowanie lub nawet serdecznością. To, co jest potrzebne, to neutralna prezencja, z odpowiednią ilością ciepła, jednak nie zbyt wiele; z odpowiednim zainteresowaniem, jednak nie zbyt wielkim - nazywamy to dostrojeniem (attunement) i jest to kluczowa relacyjna.
Monday, 17 November 2014
Case #35 - Złość na byłego
Marion wzniosła problem podzielenia opieki rodzicielskiej z jej byłym mężem. Stało się jasne, że nie jest to konkretny powód zmartwień. Co było bardziej znaczące to to, że czuła dyskomfort i miała poczucie niedokończonego biznesu z nim.
Zanim weszliśmy w szczegóły powiedziałem - moje doświadczenie, kiedy na Ciebie patrzę jest takie, że przeszywasz mnie swoim wzrokiem. Miało to na mnie całkiem silny wpływ. To, co mam wspólnego z Twoim mężem jesto to, że również jestem mężczyzną i wyobrażam sobie, że część tej energii, którą żywisz wobec niego, może być obecna i tutaj, ze mną.
Spytałem jaki jest jej problem, odpowiedziała, że złość.
Spytałem ją czym się tak złościła. Zaczęła opowiadać mi bardzo długą historię o okolicznościach... po pewnym czasie spytałem ponownie: dobrze więc, ale o co konkretnie się złościsz. Ponownie zaczęła opowiadać dalszą część długiej historii.
Musiałem spytać ją kilka razy zanim udzieliła mu jasnej odpowiedzi, krótko i zwięźle chodziło o to, że czuła złość dlatego, że czuła się zdradzona przez jej byłego męża, ponieważ przestał wspierać ją finansowo, a zamiast tego łożył pieniądze na biznes, który prowadził. Była również zła dlatego, że okłamał ją i jej rodziców (z którymi żyli) w tej sprawie.
Powiedziałem, tak, wyglądasz na złą, widzę to w Twoich oczach. Co teraz czujesz?
Zaczęła mówić mi o rzeczach, które były bardziej jej wartościowaniem, osądami i opiniami, niż jej uczuciami.
Powiedziała: 'odgryzam się swoim uczuciom'
Poprosiłem ją więc, by wyobraziła sobie, że jestem jej byłym mężem i by mi się 'odgryzła'. Zaczęła wyjaśniać, że za bardzo się obwiniała w tej sytuacji.
Skupiłem się więc ponownie na nie i poprosiłem ją, by powiedziała mi coś bezpośrednio, zaczynając od słów 'jestem zła....'
W końcu zaczęła wyrażać swoje emocje, bezpośrenio, mówiąc o rzeczach, na które była zła.
Przyznałem rację jej uczuciom i zgodziłem się, że widzę i słyszę jej złość... a potem, że widzę to zamienione we łzy - tak, że widziałbym również jej ból.
Nie przestawałem jej zachęcać do tego bezpośredniej ekspresji, ciągle zmieniała swój stan pomiędzy złością a łzami. Gdy czuła się słuchana, poczuła się pewniej w wyrażaniu siebie bezpośrednio. Było również wiele ciszy, pełnej jej uczuć i moich prostych wyrazów zrozumienia.
Na koniec czuła się dużo lżej i pozbyła się mnóstwa bólu i wściekłości, które nosiła w sobie od rozwodu.
By ten proces się udał, musiałem być wytrwały, skupiając jej świadomość, sprowadzając jej doświadczenie do uczestnictwa w eksperymencie, odcinając się od jej skłonności do opowiadania historii, które były jej sposobem na unikanie głębszych emocji. Zapewniłem jej relacyjny pojemnik na złość i zachęciłem ją do wyrażania siebie...zajęło nieco czasu zanim czuła się na tyle bezpiecznie, by to zrobić. Odpuściłem również jej skłonność do unikania; prosząc ją zamiast tego, by trzymała się swojego własnego doświadczenia.
W odpowiedzi dałem jej zrozumienie, którego tak bardzo potrzebowała - bycia zauważoną i usłyszaną. Nie byłem jej byłym mężem, jednak energia między nami była wystarczająco silna, by czuła się usatysfakcjonowana wyrażaniem emocji w stosunku do mnie. Moje połączenie na początku, w którym stwierdziłem, że również jestem mężczyzną było wystarczające, by pobudzić siłę jej emocji, a moja chłonność była na tyle prawdziwa, by poczuła, że to nie tylko 'aktorstwo'.
Co warte zauważenia, nie wrzeszczała, nie wyła, nie rzucała poduszkami, nie podniosła nawet głosu. Złość przeniosła się na relację i poprzez posiadanie, niekoniecznie przez dramatyczne terapeutyczne techniki.
Zanim weszliśmy w szczegóły powiedziałem - moje doświadczenie, kiedy na Ciebie patrzę jest takie, że przeszywasz mnie swoim wzrokiem. Miało to na mnie całkiem silny wpływ. To, co mam wspólnego z Twoim mężem jesto to, że również jestem mężczyzną i wyobrażam sobie, że część tej energii, którą żywisz wobec niego, może być obecna i tutaj, ze mną.
Spytałem jaki jest jej problem, odpowiedziała, że złość.
Spytałem ją czym się tak złościła. Zaczęła opowiadać mi bardzo długą historię o okolicznościach... po pewnym czasie spytałem ponownie: dobrze więc, ale o co konkretnie się złościsz. Ponownie zaczęła opowiadać dalszą część długiej historii.
Musiałem spytać ją kilka razy zanim udzieliła mu jasnej odpowiedzi, krótko i zwięźle chodziło o to, że czuła złość dlatego, że czuła się zdradzona przez jej byłego męża, ponieważ przestał wspierać ją finansowo, a zamiast tego łożył pieniądze na biznes, który prowadził. Była również zła dlatego, że okłamał ją i jej rodziców (z którymi żyli) w tej sprawie.
Powiedziałem, tak, wyglądasz na złą, widzę to w Twoich oczach. Co teraz czujesz?
Zaczęła mówić mi o rzeczach, które były bardziej jej wartościowaniem, osądami i opiniami, niż jej uczuciami.
Powiedziała: 'odgryzam się swoim uczuciom'
Poprosiłem ją więc, by wyobraziła sobie, że jestem jej byłym mężem i by mi się 'odgryzła'. Zaczęła wyjaśniać, że za bardzo się obwiniała w tej sytuacji.
Skupiłem się więc ponownie na nie i poprosiłem ją, by powiedziała mi coś bezpośrednio, zaczynając od słów 'jestem zła....'
W końcu zaczęła wyrażać swoje emocje, bezpośrenio, mówiąc o rzeczach, na które była zła.
Przyznałem rację jej uczuciom i zgodziłem się, że widzę i słyszę jej złość... a potem, że widzę to zamienione we łzy - tak, że widziałbym również jej ból.
Nie przestawałem jej zachęcać do tego bezpośredniej ekspresji, ciągle zmieniała swój stan pomiędzy złością a łzami. Gdy czuła się słuchana, poczuła się pewniej w wyrażaniu siebie bezpośrednio. Było również wiele ciszy, pełnej jej uczuć i moich prostych wyrazów zrozumienia.
Na koniec czuła się dużo lżej i pozbyła się mnóstwa bólu i wściekłości, które nosiła w sobie od rozwodu.
By ten proces się udał, musiałem być wytrwały, skupiając jej świadomość, sprowadzając jej doświadczenie do uczestnictwa w eksperymencie, odcinając się od jej skłonności do opowiadania historii, które były jej sposobem na unikanie głębszych emocji. Zapewniłem jej relacyjny pojemnik na złość i zachęciłem ją do wyrażania siebie...zajęło nieco czasu zanim czuła się na tyle bezpiecznie, by to zrobić. Odpuściłem również jej skłonność do unikania; prosząc ją zamiast tego, by trzymała się swojego własnego doświadczenia.
W odpowiedzi dałem jej zrozumienie, którego tak bardzo potrzebowała - bycia zauważoną i usłyszaną. Nie byłem jej byłym mężem, jednak energia między nami była wystarczająco silna, by czuła się usatysfakcjonowana wyrażaniem emocji w stosunku do mnie. Moje połączenie na początku, w którym stwierdziłem, że również jestem mężczyzną było wystarczające, by pobudzić siłę jej emocji, a moja chłonność była na tyle prawdziwa, by poczuła, że to nie tylko 'aktorstwo'.
Co warte zauważenia, nie wrzeszczała, nie wyła, nie rzucała poduszkami, nie podniosła nawet głosu. Złość przeniosła się na relację i poprzez posiadanie, niekoniecznie przez dramatyczne terapeutyczne techniki.
Monday, 10 November 2014
Case #34 - Kontakt i autentyczność
Nathan był dobrze zbudowanym mężczyzną, rozważnym, o jasnej i zdecydowanej prezencji.
Jego problemem była autentyczność. Nie czuł się autentyczny wobec innych.
Praktycznie nigdy się nie spierał czy kłócił. Był współpracujący zarówno w domu, jak i w pracy.
Jego rodzinna historia była o przemocy pomiędzy jego starszym bratem a siostrą. Podczas gdy on zajmował w rodzinie pozycję 'dobrego chłopca'. Były dwie sytuacje, które wywarły na niego wpływ, gdy był dzieckiem. Pierwsza, w której był bardzo zły na jego starszego brata i rzucił w niego przedmiotem, który nieomal wybił mu oko. Druga zdarzyła się, kiedy uderzył chłopca w szkole, który uporczywie przychodził do jego domu i drapał go po twarzy.
Od tego czasu był opanowany i nikogo by nie uderzył.
Zaskoczył mnie, mówiąc, że nie jest zbyt pewny siebie. Byłem zaskoczony dlatego, że był zdecydowanie postawnym mężczyzną.
Powiedział, że ostro osądza innych i że przeważnie zachowuje to dla siebie.
Zaproponowałem mu więc proces autentyzacji, który na początku przeprowadziłem z nim.
Istniały trzy składowe - to, co myślał, to, co czuł i to, czego pragnął od innych.
Zrobiłem to z nim, a on ze mną. Przyszło mu to z łatwością.
Zdefiniowałem to, jako autentyczne spotkanie. Kontynuując, prowadzi ono do autentycznego dialogu, a dalej zaś do autentycznej relacji.
Potem zachęciłem go, by zrobił to samo z trzema innymi osobami w grupie. Z pierwszą poszło gładko. Drugą była kobieta, która udzielała mu całkiem skomplikowanych odpowiedzi. Zgubił się, więc powiedziałem mu, by odpowiedział stwierdzeniem o jego uczuciach. Dałem mu formułę, która sprawdza się szczególnie w stosunku do kobiet: po początkowym stwierdzeniu autentycznego spotkania, miał wyrazić trzy stwierdzenia o uczuciach za każde stwierdzenie myślowe.
Potem przećwiczył to z jedną osobą.
Spytałem go, co o tym sądzi; powiedział, że to łatwe.
Pokazało mi to, że jedyne, czego potrzebował, to małe wskazówki, kilka podpowiedzi i wsparcia w ćwiczeniach.
Jako mężczyzna lubił otrzymywać jasne wytyczne. Jako ktoś z ukrytą siłą, potrzebował jedynie sposobu na jej wyzwolenie, w bezpiecznej postaci.
Czuł się pewny, że da sobie radę z kontynuowaniem ćwiczenia tego procesu.
Oczywiście mogliśmy pracować z jego sytuacją natury rodzinnej lub jego problemem unikania. Jednak to, co zrobiliśmy, było interwencją skupioną na teraźniejszości i przszłości i dało mu to natychmiastowe doświadczenie sukcesu. Było to szczególnie ważne z powodu jego chwiejnej pewności siebie. Zapewniło mu to również motor napędowy dla eksperymentalnego uczenia się, tak, że mógł kontynować samodzielne badanie procesu autentycznego kontaktu.
Jego problemem była autentyczność. Nie czuł się autentyczny wobec innych.
Praktycznie nigdy się nie spierał czy kłócił. Był współpracujący zarówno w domu, jak i w pracy.
Jego rodzinna historia była o przemocy pomiędzy jego starszym bratem a siostrą. Podczas gdy on zajmował w rodzinie pozycję 'dobrego chłopca'. Były dwie sytuacje, które wywarły na niego wpływ, gdy był dzieckiem. Pierwsza, w której był bardzo zły na jego starszego brata i rzucił w niego przedmiotem, który nieomal wybił mu oko. Druga zdarzyła się, kiedy uderzył chłopca w szkole, który uporczywie przychodził do jego domu i drapał go po twarzy.
Od tego czasu był opanowany i nikogo by nie uderzył.
Zaskoczył mnie, mówiąc, że nie jest zbyt pewny siebie. Byłem zaskoczony dlatego, że był zdecydowanie postawnym mężczyzną.
Powiedział, że ostro osądza innych i że przeważnie zachowuje to dla siebie.
Zaproponowałem mu więc proces autentyzacji, który na początku przeprowadziłem z nim.
Istniały trzy składowe - to, co myślał, to, co czuł i to, czego pragnął od innych.
Zrobiłem to z nim, a on ze mną. Przyszło mu to z łatwością.
Zdefiniowałem to, jako autentyczne spotkanie. Kontynuując, prowadzi ono do autentycznego dialogu, a dalej zaś do autentycznej relacji.
Potem zachęciłem go, by zrobił to samo z trzema innymi osobami w grupie. Z pierwszą poszło gładko. Drugą była kobieta, która udzielała mu całkiem skomplikowanych odpowiedzi. Zgubił się, więc powiedziałem mu, by odpowiedział stwierdzeniem o jego uczuciach. Dałem mu formułę, która sprawdza się szczególnie w stosunku do kobiet: po początkowym stwierdzeniu autentycznego spotkania, miał wyrazić trzy stwierdzenia o uczuciach za każde stwierdzenie myślowe.
Potem przećwiczył to z jedną osobą.
Spytałem go, co o tym sądzi; powiedział, że to łatwe.
Pokazało mi to, że jedyne, czego potrzebował, to małe wskazówki, kilka podpowiedzi i wsparcia w ćwiczeniach.
Jako mężczyzna lubił otrzymywać jasne wytyczne. Jako ktoś z ukrytą siłą, potrzebował jedynie sposobu na jej wyzwolenie, w bezpiecznej postaci.
Czuł się pewny, że da sobie radę z kontynuowaniem ćwiczenia tego procesu.
Oczywiście mogliśmy pracować z jego sytuacją natury rodzinnej lub jego problemem unikania. Jednak to, co zrobiliśmy, było interwencją skupioną na teraźniejszości i przszłości i dało mu to natychmiastowe doświadczenie sukcesu. Było to szczególnie ważne z powodu jego chwiejnej pewności siebie. Zapewniło mu to również motor napędowy dla eksperymentalnego uczenia się, tak, że mógł kontynować samodzielne badanie procesu autentycznego kontaktu.
Monday, 3 November 2014
Case #33 - Pełne i autentyczne ujawnienie
Problemem Jamiego było, że ciężko pracował cały tydzień, często podróżując do innych miast, wracając potem w piątek do domu. Będąc z dala, zawsze myśli o powrocie. Było dla niego ważnym, by kiedy wraca, czekała na niego żona i dziecko tak, by mógł mieć poczucie posiadania 'domu'.
Jednak jego żona była wysoko postawionym menedżerem działu HR i częściej jej w domu nie było, niż była. Pod presją była skłonna przyznać, że jej kariera również jest dla niej ważna, a jego uczucia to jego problem.
Był ze swoją żoną od wielu lat i od zawsze oboje byli zainteresowani rozwojem osobistym i astrologią. On określał siebie jako spod znaku raka, który oznacza emocje.
Ich związek był głęboki i pełen pasji, jednak często wpadali w konflikty, które on chciał zredukować, by poprawić ich związek.
To zapewniło mi kontekst do działania.
Spytałem go o coś, co jest równie ważne zarówno dla niego, jak i jego żony, a co chciałaby od niego otrzymać. Powiedział, że gdy wygłasza prezentację w pracy i dzieli się z nim, pragnie jego zrozumienia i pochwał.
Spytałem o drugą rzecz. Powiedział, że kiedy ona czyta książę (ogólne chodzi o rozwój osobisty), chce by z nią czytał i porozmawiał o tym.
Spytałem czy robi którąś z tych rzeczy. Powiedział, że do pewnego stopnia...ale nie tak, by sprawiało jej to satysfakcję.
Zaproponowałem więc, by najpierw wziął do siebie te dwie prośby i spełnił je obie, w pełni się do tego przykładając.
Kiedy to już zrobi, zasugerowałem, by powiedział jej w pełni, dokładnie i autentycznie, co dla niego znaczy, by była dla niego w domu w piątkową noc.
Zademonstrowałem mu o co mi chodzi na przykładzie z własnego życia:
-> Dorastając, urodziny były zawsze szczególnym wydarzeniem w naszym domu. Podczas gdy urodziny dla mojej żony nigdy nie było celebrowane; zdarzało się tak, że urodziny jej siostry były świętowane, ale nie jej własne.
W rezultacie nie wykazywała zbytniego entuzjazmu na wieść o urodzinach; lubiła, gdy jej obchodzone były bardzo prywatnie i skromnie.
Ja oczekiwałem szczególnego dnia, z wieloma rzeczami, które czyniły ten dzień naprawdę 'moim'. Zdarzały się sytuacje, w których nie zachowywała się w sposób, w jaki bym chciał i czułem się bardzo urażony; coś, co dla niej było naprawdę trudne do zrozumienia.
-
Zatem moim pełym, rozbudowanym i autentycznym stwierdzeniem było coś takiego:
Wiem, że urodziny powodują u Ciebie napięcie i nie masz najlepszych z nimi doświadczeń. Wiem też, że wiele razy bardzo się starałaś uczynić moje urodziny miłymi okazjami i jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Czułem też, że zdarzały się sytuacje, w których czuła się w złym miejscu, z różnych powodów, albo wkładałaś w to dodatkowy wysiłek lub więcej, niż powinnaś. Rozumiem, że jest to dla Ciebie związane z tym, jak bardzo czujesz, że możesz dać coś z siebie i że oczekujesz, że nie będzie to więcej, niż na Twoich urodzinach. Jednakże różnię się od Ciebie. Urodziny również są dla mnie nieco stresujące, ale w inny sposób. Ponieważ mam tradycję obchodzić je w bardzo szczególny sposób, podkreślam swoje oczekiwania i nadzieję na to, że będę w tym dniu na 'pierwszym miejscu'. I nawet jeśli Ty nie jesteś zbytnio w nastroju, mogłabyś, choć w tym jednym dniu, odsunąć to na bok tak, bym mógł poczuć się szczególnie traktowanym. Bardzo wiele by to dla mnie znaczyło, nawet więcej, wiedząc, że nie jest to dla Ciebie łatwe. Czuję się trochę niezręcznie, mówiąc Ci to, ponieważ to dla mnie waże i ponieważ to trudny dla Ciebie temat. Byłbym wdzięczny, gdybyś rozważyła to, o co proszę, możesz to przemyśleć i moglibyśmy o tym porozmawiać innym razem.
--
Dając Jamesowi przykład z mojego życia prywatnego, mógł zrozumieć, jak skonstruować kompletne, autentyczne i osobiste oświadczenie dla jego własnego problemu.
Gestalt jest o wnoszeniu głębi i autentyczności do relacji, o pogłębianiu kontaktu i zażyłości. To przykład jednego z możliwych sposobów, by to zrobić, gdy klient zna już więcej, niż tylko podstawy komunikacji.
Jednak jego żona była wysoko postawionym menedżerem działu HR i częściej jej w domu nie było, niż była. Pod presją była skłonna przyznać, że jej kariera również jest dla niej ważna, a jego uczucia to jego problem.
Był ze swoją żoną od wielu lat i od zawsze oboje byli zainteresowani rozwojem osobistym i astrologią. On określał siebie jako spod znaku raka, który oznacza emocje.
Ich związek był głęboki i pełen pasji, jednak często wpadali w konflikty, które on chciał zredukować, by poprawić ich związek.
To zapewniło mi kontekst do działania.
Spytałem go o coś, co jest równie ważne zarówno dla niego, jak i jego żony, a co chciałaby od niego otrzymać. Powiedział, że gdy wygłasza prezentację w pracy i dzieli się z nim, pragnie jego zrozumienia i pochwał.
Spytałem o drugą rzecz. Powiedział, że kiedy ona czyta książę (ogólne chodzi o rozwój osobisty), chce by z nią czytał i porozmawiał o tym.
Spytałem czy robi którąś z tych rzeczy. Powiedział, że do pewnego stopnia...ale nie tak, by sprawiało jej to satysfakcję.
Zaproponowałem więc, by najpierw wziął do siebie te dwie prośby i spełnił je obie, w pełni się do tego przykładając.
Kiedy to już zrobi, zasugerowałem, by powiedział jej w pełni, dokładnie i autentycznie, co dla niego znaczy, by była dla niego w domu w piątkową noc.
Zademonstrowałem mu o co mi chodzi na przykładzie z własnego życia:
-> Dorastając, urodziny były zawsze szczególnym wydarzeniem w naszym domu. Podczas gdy urodziny dla mojej żony nigdy nie było celebrowane; zdarzało się tak, że urodziny jej siostry były świętowane, ale nie jej własne.
W rezultacie nie wykazywała zbytniego entuzjazmu na wieść o urodzinach; lubiła, gdy jej obchodzone były bardzo prywatnie i skromnie.
Ja oczekiwałem szczególnego dnia, z wieloma rzeczami, które czyniły ten dzień naprawdę 'moim'. Zdarzały się sytuacje, w których nie zachowywała się w sposób, w jaki bym chciał i czułem się bardzo urażony; coś, co dla niej było naprawdę trudne do zrozumienia.
-
Zatem moim pełym, rozbudowanym i autentycznym stwierdzeniem było coś takiego:
Wiem, że urodziny powodują u Ciebie napięcie i nie masz najlepszych z nimi doświadczeń. Wiem też, że wiele razy bardzo się starałaś uczynić moje urodziny miłymi okazjami i jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Czułem też, że zdarzały się sytuacje, w których czuła się w złym miejscu, z różnych powodów, albo wkładałaś w to dodatkowy wysiłek lub więcej, niż powinnaś. Rozumiem, że jest to dla Ciebie związane z tym, jak bardzo czujesz, że możesz dać coś z siebie i że oczekujesz, że nie będzie to więcej, niż na Twoich urodzinach. Jednakże różnię się od Ciebie. Urodziny również są dla mnie nieco stresujące, ale w inny sposób. Ponieważ mam tradycję obchodzić je w bardzo szczególny sposób, podkreślam swoje oczekiwania i nadzieję na to, że będę w tym dniu na 'pierwszym miejscu'. I nawet jeśli Ty nie jesteś zbytnio w nastroju, mogłabyś, choć w tym jednym dniu, odsunąć to na bok tak, bym mógł poczuć się szczególnie traktowanym. Bardzo wiele by to dla mnie znaczyło, nawet więcej, wiedząc, że nie jest to dla Ciebie łatwe. Czuję się trochę niezręcznie, mówiąc Ci to, ponieważ to dla mnie waże i ponieważ to trudny dla Ciebie temat. Byłbym wdzięczny, gdybyś rozważyła to, o co proszę, możesz to przemyśleć i moglibyśmy o tym porozmawiać innym razem.
--
Dając Jamesowi przykład z mojego życia prywatnego, mógł zrozumieć, jak skonstruować kompletne, autentyczne i osobiste oświadczenie dla jego własnego problemu.
Gestalt jest o wnoszeniu głębi i autentyczności do relacji, o pogłębianiu kontaktu i zażyłości. To przykład jednego z możliwych sposobów, by to zrobić, gdy klient zna już więcej, niż tylko podstawy komunikacji.
Subscribe to:
Posts (Atom)








